Fatalna nadopiekuńczość
Zima to ciężki okres w życiu każdego motocyklisty. „Motór” śpi sobie głębokim snem w ciepłym wnętrzu garażu a jego właścicielowi pozostają tylko wspomnienia i odwiedzanie rumaka w wolnych chwilach. Nie wiem jak inni miłośnicy jednośladów, ale dla mnie ten okres to czas wzmożonej aktywności serwisowej.
A to coś dokręcę, przepoleruję czy pomyślę co by tu zmienić by maszyna przeszła jakąś, choćby niewielką zmianę. Jako, że minionymi zimami nieco wyczerpałem pomysłowość na innowację a przede wszystkim wyeksplorowałem kieszeń, tej zimy skupiłem się na utrzymaniu w doskonałej kondycji mechanizmów i poszczególnych narządów maszyny. Naoliwione przed zimą linki gazu i sprzęgła cyklicznie poddawałem naciskom poprzez dźwignię i manetkę. Hamulce (hydrauliczne a jakże) to poddawane wyciskowi pedał hamulca nożnego i „klamka” przedniego aby przypadkiem nie po zapiekały się tłoczki zacisków hamulcowych. Włączniki wszelakich prądów: świateł, kierunkowskazów, rozrusznika, zapłonu czy klaksonu też nasmarowane włączałem i wyłączałem.
Motorek w garażu cyklicznie wędrował metr tu i tam z racji dbałości o łożyska kół i opony i tylko silnika nie uruchamiałem. Niestety nie każdy rozumie piękno wydobywających się z tłumików cyklicznych grzmotów układających się w swoiste „pa ta taj pa ta taj” Ostatnia czynność serwisowa którą serwowałem swojemu rumakowi to cykliczne częściowe rozładowywanie akumulatora i następujące po tym ponowne ładowanie do pełnej mocy by wiosną nie było niespodzianek. No i stało się, zjadła mnie rutyna.
Pewnego wieczoru wyjeżdżając z domu na dwie godziny postanowiłem rozładowywać akumulator trochę dłużej, ot tyle czasu ile nie będzie mnie w domu. Pomysł może nie najgorszy ale o rozładowywaniu przypomniałem sobie dopiero następnego dnia. No i było już za późno. W rozładowanej do cna baterii nie pozostało ani trochę elektronów chcących ponownie poddać się procesowi ładowania a ja….cóż już zbieram na nowy akumulator.



























