Strona główna Radio Olsztyn
Posłuchaj
Pogoda
Olsztyn
DZIŚ: 7 °C pogoda dziś
JUTRO: 10 °C pogoda jutro
Logowanie  

Audycje w języku ukraińskim – maj 2026

Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!

Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 10.50 i 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.

Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.

31.05.2026 – godz. 20.30 – Magazyn (opis do dźwięku)

Dziś w audycji wracamy do rozmowy z redaktorem „Błahowista” Bohdanem Tchórzem, który opowiada o tym, jak Ukraińcy na Warmii i Mazurach odbudowywali swoje życie po wojnie i Akcji „Wisła”.

Naszą drugą gościnią będzie Lija Lisniak z ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim — laureatka ogólnopolskiego konkursu „Historie podróżne”. W konkursowym tekście „Zapach smażonych naleśników” i naszej rozmowie opowiada o wojnie, wyjeździe z Charkowa i spokoju, bezpieczeństwie oraz przestrzeni do rozwijania pasji, które znalazła w górowo-iławeckiej szkole. To wszystko już za chwilę w języku ukraińskim. Zapraszamy.

/muzyka/

W procesie odtwarzania w nowych warunkach ukraińskiego życia religijnego i społecznego w pewnym momencie zauważalny stał się odpływ aktywności ze wsi do miasta. Właśnie od tego procesu swoją opowieść rozpoczyna redaktor Bohdan Tchir:

Myślę, że coś w tym jest. Ale to wydaje się normalną konsekwencją sytuacji z 1947 roku. Osiedlano nas po wsiach. W miastach, nawet takiej wielkości jak Górowo Iławeckie, był problem, żeby ktoś z nas mógł zamieszkać.

I tak, będąc obywatelami poszczególnych wsi, ludzie próbowali jakoś się organizować. Najpierw może jakieś wiejskie świetlice, może jakieś inne pomieszczenia, ale zawsze tam była marzenie o cerkwi. A później ludzie zaczęli przenosić się do miast.

To normalna socjologia. W mieście masz pracę, masz otwarte drzwi na szerszy świat. Nie siedzisz gdzieś bardzo daleko w jakimś zakątku i nie widzisz ludzi.

Poza tym trzeba tu podziękować naszym rodzicom. Ponieważ pod koniec lat 50., na początku 60. pojawiła się taka moda, żeby posyłać dzieci do szkół w miastach. A kto już przeniósł się do miasta – ten zostawał. Nasze miasto, Górowo Iławeckie, nie jest duże, sięga czterech tysięcy mieszkańców, a szkoła ukraińska istnieje. I istnieje od, powiedzmy, 1968 roku. Jest ważnym czynnikiem, który nas jednoczy. A zaczęła się rozwijać tylko dlatego, że rodzice chcieli, aby dzieci się tu uczyły.

Był taki profesor Teofil Szczerba. On nie tylko jeździł, prosił, pokazywał i bardzo zachęcał. I dlatego ta szkoła zaczęła funkcjonować.

A kiedy istnieje szkoła i młodzież, to także i cerkiew funkcjonuje. Są też nauki, katechezy, są wspólne obchodzenie świąt, różnych uroczystości. I robi się ciekawie.

W Górowie mieliśmy, powiedzmy, taką sytuację, że do 1981 roku nie mieliśmy własnej świątyni. Była tam cerkiew bardzo zniszczona, zdewastowana, bez witraży. Ale udało się ją wtedy, właśnie dzięki kolejnemu „odwilżowemu” okresowi z lat 80., wykupić od miasta i urządzić tak, jak mamy dziś.

I całe szczęście, że tak się stało.

Dalej w swojej opowieści Bohdan Tchir wraca do Górowa Iławeckiego, gdzie ważną rolę w odnowie sztuki cerkiewnej odegrał profesor Jerzy Nowosielski. Jego spuścizna w naszym regionie zachowała się nie tylko w tej świątyni.

Został tu zaproszony przez ojca-parocha Juliana Gburę, aby pomalować cerkiew, czyli ikonostas, ikony ścienne i tak dalej.

I, powiedzmy, dzięki profesorowi, który już nie był wtedy tak sławną osobą, ale dziś jego sława kilkukrotnie wzrosła. Profesor miał do dyspozycji pustą świątynię, którą mógł zagospodarować. Miałem to szczęście, że go osobiście znałem i z nim rozmawiałem.

Mówił, że ma taką sytuację, iż może robić to, co zaplanuje, bo niczego tu nie przykrywa, niczego nie zamalowuje, nie niszczy. Wręcz przeciwnie – styl barokowy pozostał taki, jaki był. Pozostały też niewielkie, dawne elementy wyposażenia. A dziś mamy to, co zaplanował profesor Nowosielski.

A jeśli mówimy o profesorze Nowosielskim, mamy jeszcze jedno miejsce. Bo rzeczywiście jesteśmy w cerkwi. Mamy tu bazylianów w Węgorzewie.

W ich klasztorze są cztery duże ikony namiestne, które można obejrzeć, można się nimi przynajmniej zachwycić. Trzeba je oczywiście otworzyć i zobaczyć. I mamy tu w pewien sposób połączenie.

A po drodze mamy jeszcze Ostródę. W Ostródzie również znajduje się jedna ikona na ołtarzu. Także Nowosielski.

Później ją pokażę. Nowosielski się o nią zatroszczył. I bardzo dobrze.

Bo to coś, co nas wszystkich jednoczy, uczy i daje przykład tego, jak powinniśmy istnieć.

W kolejnej części rozmowy Bohdan Tchir zwraca uwagę na jeszcze jedną szczególną świątynię w naszym regionie — cerkiew w Ostródzie. Jej architektura wyraźnie odwołuje się do tradycji budownictwa sakralnego na Ukrainie:

Mamy bardzo ciekawą, powiedzmy, cerkiew w Ostródzie. To zupełnie nowa cerkiew, niedawno zbudowana.

A jest ona znów charakterystyczna tym, że kiedy spojrzymy na jej architekturę, od razu przypomina nam cerkwie Zachodniej Ukrainy, a szczególnie dwóch architektów – Wasyla i Jewhena Nahirnych. Oni obaj projektowali, według danych autentycznych, bo da się to policzyć, razem zaprojektowali około 500 budowli sakralnych. Mowa tu o cerkwiach, plebaniach, kaplicach, itd.

Korzystali oni od dawna ze starobizantyjskiego wzorca. I coś takiego możemy zobaczyć w Ostródzie. Kiedy zobaczysz cerkiew Nahirnych, czy Jewhena, czy Wasyla, gdzieś w oryginale na Ukrainie – dziś, gdy granice są już otwarte – przypomnisz sobie, że taką samą, podobną widziałeś w Ostródzie.

Czyli Ostróda coś w sobie ma. Uważam, że architekt dobrze pracował, skorzystał z dobrych wzorców i zrealizował taką cerkiew, która odpowiada zarówno naszemu duchowi, jak i pasuje do cerkwi z Ukrainy. I to taka swoista ciekawostka, z której warto być dumnym i opowiadać o niej ludziom.

Co mogę tylko dodać – może wielu ludzi jeszcze o tym nie wie – bo kiedy byłem w Ostródzie, bardzo mnie to zaskoczyło: przed wejściem do cerkwi mamy taką tablicę informacyjną i jest ona w jakiś sposób metalowym przedmiotem podrapana, porysowana, jakby ktoś pazurem ją uszkodził. Na metalowej bramie przed cerkwią również są takie ikony umieszczone, wykonane w nowoczesnej technice. Są one wydrukowane, duże, dobrze skomponowane, ale też porysowane.

Jakby była tam jakaś bestia – bo chyba bestia by była – normalny człowiek takich rzeczy nie robi. Te przypadki, mowa nienawiści i tak dalej, które dotyczą ludzi, coraz częściej słyszymy o nich z całej Polski. Czy to jest pojedynczy przypadek, czy jednak cierpią nasze widoczne znaki naszej obecności tutaj? Jeżdżę, widzę, że są to jakieś odosobnione sytuacje.

To się zdarza, że ktoś przychodził do gminy, niszczył świątynie, wybijał szyby. Nie wiem, czy to z głupoty, czy z tego, że tu żyjemy razem i każdy każdego zna, i staramy się nie robić sobie złośliwości. No trudno mi powiedzieć.

Sam nawet nie wiem, jak ta sprawa została rozwiązana.

Do tej rozmowy z redaktorem „Błahowista” będziemy jeszcze wracać w naszych audycjach.

 

Naszą kolejną gościnią jest Lija Lisniak, uczennica Ukraińskiej Szkoły w Górowie Iławeckim oraz laureatka ogólnopolskiego konkursu „Historie podróżne”. Jej tekst „Zapach smażonych naleśników” to opowieść o wojnie, drodze z Charkowa i wspomnieniach, które pozostają na zawsze. Lija będzie mówić także o samej szkole, która stała się dla niej miejscem bezpieczeństwa i nowych możliwości. Być może właśnie ta rozmowa zainspiruje naszych ósmoklasistów do odnalezienia tutaj swojej przestrzeni do rozwoju.

Do konkursu Liję przygotowali nauczyciele Marta Mycio i Mirosław Mycio. Swoją opowieść zacznie od tego, jak niemal przypadkowo została uczestniczką konkursu i dlaczego swojej pracy nadała tytuł właśnie „Zapach smażonych naleśników”:

Tak naprawdę w ogóle nie planowałam brać udziału w tym konkursie. Nawet o nim nie wiedziałam. W zeszłym roku brałam w nim udział jako modelka do zdjęcia Switłany Chimeńczuk w konkursie fotograficznym.

A w tym roku jakoś tak wyszło, że pan od języka polskiego przypomniał mi, że kiedyś pisaliśmy teksty o tym, jak przeżyliśmy pierwsze dni wojny i sam jej początek. I postanowiliśmy jakoś zinterpretować to pod temat podróży, bo tak naprawdę to też jest podróż, która do dziś jeszcze się nie skończyła. Nie wiem, jaki jest jej końcowy przystanek.

Ale była to podróż wymuszona, bez biletu. I usiadłam pisać tę pracę, a właściwie ją dopisywać, bo była już prawie całkowicie gotowa. Taki tytuł ma dlatego, że w pierwszych dniach wojny, dokładnie pierwszego dnia wojny, o czwartej rano, kiedy obudziliśmy się od wybuchów, mama poszła do kuchni smażyć naleśniki.

I każdego ranka wstawała i smażyła te naleśniki. Lecą rakiety, wojsko naszego wroga już idzie naszą ulicą, a ona smaży te naleśniki, a my dalej siedzimy i je jemy, i od razu jest nam trochę lepiej. Tak naprawdę zgodziłam się napisać tę pracę tylko dlatego, że chciałam, żeby chociaż trochę więcej ludzi wiedziało, jak to wszystko wyglądało naprawdę.

Jaki horror przeżyli i przeżywają nawet teraz, w tej sekundzie i tej minucie ludzie. Powiedzmy tak, o wojnie nie dowiedziałam się z wiadomości ani od znajomych. Ja dowiedziałam się o niej pierwsza — ja ją spotkałam.

Powiedz, gdzie wtedy byłaś i jak to wyglądało?

Byłam wtedy w Charkowie. Przyjechałam do Charkowa w 2020 roku i mieszkaliśmy w dzielnicy Sałtiwka, bardzo znanej ulicy, można tak powiedzieć. To była Wschodnia Sałtiwka, której teraz prawie już nie ma, wszystko tam zostało zburzone, bo cała dzielnica została zniszczona. To było jakieś pięć minut tramwajem ode mnie.

I wyszło tak, że to była właściwie tarcza dla całego miasta. Niestety wszystko szło właśnie przez nas. Obudziliśmy się więc od wybuchów. Na początku była nawet trochę śmieszna sytuacja — budzę się o czwartej rano i myślę: mam pisać sprawdzian, czemu wszyscy się tutaj tłuką, czemu jest tak głośno, chyba sobie żartujecie.

Mój brat prawie poszedł do sąsiadów z góry, bo myślał, że znowu puścili głośno muzykę. Już stoi w korytarzu, już idzie do nich, a mama go łapie i mówi: poczekaj, dokąd idziesz, co ty robisz, wojna się zaczęła. Oczywiście nikt nie poszedł wtedy do pracy.

I tak się stało, że te naleśniki naprawdę symbolicznie wpisały się w cały ten obraz.

Myślisz, że te naleśniki każdego dnia znaczyły coś więcej? Bo to przecież nie było tylko jedzenie. Może mama chciała przez to coś pokazać i przekazać?

Jestem pewna, że tak. Wydaje mi się, że moja mama chciała przede wszystkim nas uspokoić, pokazać nam, że wszystko jest chociaż trochę pod kontrolą.

Ta jej beztroska i to, że wyglądało, jakby się nie bała, trochę dawało nam spokój, bo widzieliśmy taki obraz, jakby wszystko było w porządku i jakby ona nad wszystkim panowała. Chociaż tak naprawdę nie wyobrażam sobie, co wtedy czuła, bo odpowiadała nie tylko za swoje życie, ale też za życie moje i mojego brata. A mój brat ma epilepsję i pod wpływem stresu ataki mogły wrócić.

Pamiętam, jak uderzyły rakiety i jak długo jeszcze myśliwce latały nad miastem, całą noc. Za oknem było takie pomarańczowe, wręcz czerwono-pomarańczowe niebo. Siedzieliśmy wszyscy w korytarzu, chowaliśmy się przed tym wszystkim.

Siedzę i płaczę, mój brat też leży na podłodze i płacze, bo bardzo się boi. I po prostu siedzimy i modlimy się po pierwsze o to, żeby nas wszystkich nie zasypało pod tym domem, a po drugie, żeby z bratem wszystko było dobrze. Bo to naprawdę byłby ogromny problem i byłoby to bardzo trudne.

To był straszny stres. Chyba pierwszy raz w życiu dowiedziałam się, czym jest taki prawdziwy zwierzęcy strach, kiedy czujesz go dosłownie w brzuchu i czujesz się jak mrówka, którą w każdej chwili mogą rozdeptać, a ty nie masz na to żadnego wpływu. Pamiętam, że pierwszej nocy zasypiałam z myślą, że rano mogą nas wszystkich znaleźć martwych razem z rodzicami w łóżku, bo nie wiadomo było, co będzie.

I wszystkie te przeżycia oraz to, jak tutaj trafiłam, opisałam właśnie w tej pracy.

W którym momencie i jak na twojej drodze pojawiła się nasza ukraińska szkoła?

Moja droga była bardzo długa i bardzo skomplikowana. Po rozpoczęciu wojny mieszkałam w kilku miastach i tak jakoś coraz bardziej zbliżałam się do Polski.

Któregoś dnia mama mówi mi: zobacz, nasi znajomi są teraz w Polsce i właśnie polecono im tę szkołę, bo mieszkają niedaleko stąd. Chcieli wysłać swoje dzieci do jakiejś szkoły w Polsce, bo przecież trzeba się uczyć. Polecono im właśnie tę szkołę.

Ale trochę bali się wysłać tutaj samą córkę, bo nikogo tu nie znała. I zapytali, może wasza też chciałaby pojechać?

Mama wtedy pracowała w Charkowie i tata też tam pracował. Nigdzie nie wyjeżdżali, wyjechali dopiero po dwóch i pół roku. Musieli tam dalej pracować. Ale nas, dzieci, nie chcieli tam trzymać, bo było niebezpiecznie.

Mama powiedziała mi więc: zdecyduj, masz jeden dzień na decyzję.

A ja odpowiedziałam: no dobra, czemu nie. Bo co miałam robić? I tak nie byłam na swoim miejscu, ciągle się gdzieś przeprowadzałam. A tutaj przynajmniej było bezpiecznie.

Te syreny po prostu kompletnie zniszczyły cały układ nerwowy. I tak wyszło, że przyjechałam tutaj w wieku trzynastu lat. Byłam tutaj sama, bez rodziców, bez rodziny, tylko z tymi znajomymi.

I od trzynastego roku życia jestem tutaj. I szczerze mówiąc ta szkoła stała się jednym z takich przystanków. Ale bardzo dobrych przystanków, gdzie można odpocząć, odetchnąć i iść dalej w tę podróż.

Siedzimy naprzeciwko siebie, mówisz o trudnych rzeczach. Ja się uśmiecham, ty się uśmiechasz. Mam wrażenie, że szkoła trochę pomogła ci odnaleźć spokój po tych wszystkich strasznych rzeczach, o których mówiłaś.

Oczywiście, w stu procentach. Po pierwsze dlatego, że znalazłam się tutaj w znajomym środowisku, bo są tutaj Ukraińcy. Słyszałam swój język i ludzie rozumieli mnie w moim języku. Gdybym trafiła całkowicie do polskiego środowiska, byłoby dużo trudniej.

Nie wiem, czy uśmiechałabym się teraz tak, jak się uśmiecham. A tutaj wszyscy naprawdę przyjęli nas z otwartymi ramionami i rozumieli, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy. Nikt nas nie obrażał, nie było żadnych przykrych słów w naszą stronę.

Słyszałam od innych znajomych mieszkających w Polsce, że gdzie indziej było dużo trudniej. A tutaj po prostu dali nam możliwość żyć dalej.

I tak naprawdę ta szkoła odkryła we mnie nowe talenty. Przez całe życie tańczyłam taniec towarzyski, a tutaj zaczęłam tańczyć tańce ludowe w „Dumce” i tańczę do dziś. Zaczęłam też śpiewać, chociaż wcześniej nigdy bym nie pomyślała, że będę śpiewać.

Zajęłam się fotografią, czego też nigdy się nie spodziewałam. To wszystko odkrywa we mnie nowe strony, o których wcześniej nie wiedziałam. I to naprawdę bezpieczne miejsce, gdzie można po prostu odetchnąć po tym, co wydarzyło się na początku wojny.

Mówisz, że szkoła pozwoliła ci odetchnąć i zacząć żyć normalnie. Jak więc widzisz swoje życie za 10–15 lat? Gdzie ono będzie?

Nie mogę dokładnie powiedzieć, gdzie będzie, w jakim kraju czy mieście, ale na pewno wiem, że będzie jak najdalej od Rosji. To na sto procent.

Tak naprawdę chcę zostać lekarzem. Moi rodzice są lekarzami. Tata pracował podczas wojny w pogotowiu, na froncie.

Dlatego całe życie jestem związana z medycyną. I chcę być lekarzem, ale znowu — jak najdalej od Rosji. Bardzo podoba mi się Polska. Chciałabym mieszkać nawet w tym województwie.

Bardzo podobają mi się tutaj przyroda, jeziora i lasy. To moje środowisko. Ale takiego sąsiada nie chcę mieć już nigdy więcej.

Tutaj jest bezpieczniej i nie chcę już nigdy obudzić się i wieźć całego swojego życia w jednym plecaku na drugi koniec świata. Mam nadzieję, że zostanę dobrym lekarzem i znajdę bezpieczne miejsce, gdzie będę mogła spokojnie żyć i wiedzieć, że moje dzieci nie przeżyją tego, co ja.

I że będę po prostu smażyć naleśniki bez efektów specjalnych za oknem.

A jakie miejsce w tej perspektywie ma Ukraina?

Ukraina zawsze będzie w moim sercu i w moich myślach. Te trzynaście lat, które tam przeżyłam od dzieciństwa, to chyba najszczęśliwszy okres mojego życia. Dopiero po wybuchu wojny to zrozumiałam.

Nie sądzę jednak, że będę mieszkać w Ukrainie na stałe, ale na pewno będę tam często wracać. Pochodzę z regionu pól i pszenicy. Mój tata uprawiał słoneczniki i mamy tam ziemię.

To jest moje miejsce, mój obraz z dzieciństwa. Dlatego na pewno będę tam wracać. Może kiedyś będę miała tam domek i będę приезdżać na odpoczynek.

Teraz kończyłabym szkołę w Ukrainie. W tym miesiącu miałabym studniówkę i zdawałabym egzaminy. I na końcu napisałam bardzo ważne dla mnie zdanie — mam nadzieję, że na jednym z przystanków w przyszłości spotkam się ze swoimi kolegami z klasy i będziemy świętować nasz bal maturalny tak, jak zawsze chcieliśmy.

Będziemy w tych sukienkach, które planowałyśmy z koleżankami, takich samych, tylko w różnych kolorach. Będą szarfy „Maturzyści 2026”. I będziemy wszyscy razem.

Bo naprawdę nie wyobrażam sobie świętować matury bez nich. Bardzo mi z tego powodu smutno. Ale wierzę, że kiedyś się spotkamy.

Nadal utrzymujemy kontakt. I mam nadzieję, że ten przystanek nadejdzie jak najszybciej. A teraz jestem tutaj i jest mi tutaj dobrze.

Ale przygotowujemy się już do kolejnego etapu. Za rok studia. Więc teraz jeszcze chwilę oddychamy, a potem zaczynamy pracować.

Pożegnanie

17.05.2026 – godz. 20.30 – Magazyn (opis do dźwięku)

Dziś w naszej audycji spotkanie z lwowskim bandurzystą Wiktorem Pasznykiem, który podczas koncertów w naszym regionie zebrał fundusz kupił auto dla ukraińskiej armii. Odwiedzimy także Elbląg, gdzie odbył się Dziecięcy Festiwal Kultury Ukraińskiej im. Myrona Sycza. Muzyka, emocje i niezwykłe historie — zostańcie z nami. Już za chwilę wszystko to w języku ukraińskim:

/muzyka/

O koncertach lwowskiego bandurzysty Wiktora Pasznyka w naszym regionie oraz o zbiórce na samochód dla Sił Zbrojnych Ukrainy już opowiadaliśmy. A dziś oddajemy głos samemu muzykowi. Usłyszycie, czym jest dla niego współczesne kobziarstwo i skąd czerpie wiarę w zwycięstwo Ukrainy nad rosyjskim agresorem. Tradycyjnie zabrzmi także fragment powieści Łabędzie stado autorstwa Wasyla Zemlaka. A zaczniemy od pieśni w wykonaniu naszego gościa — nagranej podczas koncertu w ukraińskiej szkole w Górowie Iławeckim. Rozmowę z Wiktorem Pasznykiem zaczęliśmy od oczywistego pytania o to, skąd wzięło się u niego zainteresowanie bandurą — najbardziej symbolicznym instrumentem ukraińskiej kultury:

To stało się zupełnie przypadkowo, ponieważ pochodzę z zachodniej Ukrainy i bandura nie jest u nas tradycyjnym instrumentem muzycznym. U nas popularne są trąbki, akordeony, cymbały, skrzypce.

Ale tak się złożyło, że przez rok uczyłem się w jednym internacie muzycznym. To były lata 90., ciężkie lata zarówno dla Ukrainy, jak i dla Polski. I jeden mój znajomy powiedział, że z tego internatu, z tej szkoły nic dobrego nie będzie.

„Idź się uczyć, jesteś taki patriota, idź graj na bandurze”. Obwód iwanofrankiwski, obwód kijowski — wielka odległość. A ja bardzo chciałem wyrwać się z domu, z tych ograniczeń.

Bo całe życie, całe dzieciństwo — wieś, krowy, jakieś gospodarstwo, a ja chciałem zobaczyć trochę świata. I to była taka szansa, żeby się wyrwać. Przyjąłem to jako swój los.

Dobrze się uczyłem w tej szkole, dobrze ją skończyłem. I już ponad 30 lat ten instrument jest ze mną przez całe życie.

Ma pan też doświadczenie jako wędrowny muzyk. Co daje bycie w drodze, śpiewanie na ulicy, jakie to doświadczenie?

To przede wszystkim doświadczenie przetrwania. Przetrwania, bo trzeba umieć rozmawiać z ludźmi, trzeba znać logistykę, wyznaczać sobie trasę — czy to autostop, czy podróże za pieniądze, czy granie na ulicy, czy wędrówki po Górach Krymskich, gdzie niejednokrotnie chodziłem z bandurą.

Niosąc na plecach profesjonalną bandurę, która waży znacznie więcej niż to, co teraz ze sobą wożę, bo mam dwa instrumenty — bandurę i gitarę. Wziąłem też coś lżejszego, żeby nie nosić wszystkiego na sobie. Szkoda mi mojego kręgosłupa.

I to mi wystarcza. To przede wszystkim możliwość poznania świata i nauczenia się odczuwania i rozumienia ludzi, bo śpiew uliczny to bardzo subtelna sztuka. Jeśli robi się to godnie, szczerze i we właściwym miejscu, można dobrze zarobić.

Więcej niż pensja w instytucjach kultury, na przykład w filharmonii. Można zarobić w jeden dzień tyle, ile przez miesiąc pracy w filharmonii. Nigdy jednak nie stawiałem sobie za cel zarabiania w ten sposób.

Chyba tylko wtedy, gdy chciałem nagrać jeden album muzyczny. Postawiłem sobie taki cel i rzeczywiście nagrałem go w miesiąc — zarobiłem dobre pieniądze i nagrałem ten rockowy album. Tak mi się zachciało w 2017 roku. A poza tym to przede wszystkim miłość do natury, do wszystkiego, co żyje.

Chciałem zobaczyć świat. Po prostu chciałem zobaczyć świat, a bandura była kluczem. Była możliwość nie pracować cały rok, tylko odpocząć miesiąc i spędzić go gdzieś w drodze.

To była możliwość wziąć bandurę, minimum rzeczy, jakieś książki, telefon, okulary, szorty i pojechać w dowolne miejsce Ukrainy czy świata. Zimą trochę gorzej oczywiście. Zimą trzeba było rąbać drewno i siedzieć gdzieś u rodziców w domu.

Ale zimą pracowałem w restauracjach. Teraz, kiedy jestem już żonaty, pracowałem też w prywatnej szkole. Ale latem taki styl życia mi odpowiada — kobziarski.

Nazywają pana współczesnym kobziarzem. Jak pan rozumie tę rolę kobziarza w XXI wieku?

Chyba rozumiem ją tak samo jak mój nauczyciel Wasyl Łytwyn, nasz duchowy mentor w szkole kobziarskiej i organizator tej szkoły. Uważał, że być może nawet nie do końca podążam za tym wzorem, według którego kobziarz powinien być trzeźwy i świadomy.

On sam nie pił alkoholu i był człowiekiem, który do ostatniego tchu pozostał Ukraińcem. Przekazywał nam, młodym chłopakom, tę miłość i tę wiarę, że Ukraina będzie ukraińska, będzie silnym państwem. I w tym obrazie, który nam przekazywano — studentom, młodym kobziarzom — była główna myśl: uczynić Ukrainę silną, żeby Ukraińców nie niszczono, żebyśmy nie byli narodem drugiej kategorii we własnym państwie, żeby Ukraińcy byli przy władzy i dysponowali ukraińskimi bogactwami.

Nie wszystko nam się udaje, bo ten oligarchat jakoś nie może przestać istnieć na Ukrainie, ale się uczymy. Pierwsze, co robimy — i co jest jedną z moich misji — to dosłownie pozbyć się u Ukraińców poczucia niższości. Powinniśmy kochać swoją kulturę, szanować swoich bohaterów narodowych, szanować siebie nawzajem.

Ciekawe, czy to ostatnie nie jest najważniejsze?

Wszystko w życiu zaczyna się od szacunku i wdzięczności.

A kiedy zdecydował pan, że jako muzyk i poprzez swoją twórczość musi pan dołączyć do walki w tej wojnie?

Już pierwszego dnia żona powiedziała: „Idź się umyj, ubierz się, jest wojna”. Nie wiedzieliśmy przecież, jaki będzie format tej wojny i czy przyjdą do Lwowa dziś czy jutro.

Nic nie wiedzieliśmy. Byliśmy wtedy w ciąży z trzecim dzieckiem, ale mimo swojego stanu moja żona kocha Ukrainę, jest patriotką i zaproponowała mi przygotowanie się do wojny. Pierwszego dnia nigdzie nie poszedłem, bo jej stan nie był krytyczny, ale bardzo delikatny. I długo mieliśmy problemy w życiu — spotkała nas wielka tragedia, straciliśmy dziecko.

Ale w tamtym roku znaleźli się przyjaciele, którzy wyciągnęli mnie z tego stanu psychicznego. Mój przyjaciel Jurko Romancza z Chłodnego Jaru, który rozwija tam sztukę ludową i jest założycielem świetnego festiwalu. I jeszcze Wołodymyr Czabotar, dobry wolontariusz, który zawiózł na front mnóstwo samochodów, a jego brat jest bardzo znanym ukraińskim żołnierzem.

To oni wyciągnęli mnie z tego stanu i powiedzieli: „Człowieku, jedziemy, będziemy zbierać pieniądze na samochód, organizować koncerty”. Jeden organizował mi koncerty, a Wołodia zabrał mnie w trasę, którą nazwaliśmy „Od Sanu do Donu”.

Zbieraliśmy pieniądze. Planowaliśmy kupić jeden albo dwa samochody, ale wyremontowaliśmy kilka aut, kupiliśmy opony. Chłopcy mówili, że potrzebują pieniędzy na to i tamto, więc śpiewaliśmy właśnie po to.

Tak że można powiedzieć, że dołączyłem późno. To, że wpłacam datki, to się nie liczy — jakieś drobiazgi, tysiąc, pięćset hrywien czy dwieście. To się nie liczy, bo pewnie pół Ukrainy robiło jeszcze więcej.

Przyjechał pan tym razem do Polski z konkretnym celem. Wygląda na to, że został już osiągnięty?

Tak, cel był wyznaczony na półtora miesiąca. Miałem zebrać podczas koncertów w Polsce, Niemczech, a może jeszcze w Holandii, Francji i Danii pieniądze na samochód. No i jeszcze trochę zarobić dla siebie, zwrócić koszty podróży, bo inaczej się nie da.

I wiecie państwo, tak się stało, że chłopaki stąd, z północy Polski, zorganizowali trzy koncerty. To dla mnie nie było łatwe — trzy koncerty jednego dnia — ale zebraliśmy na samochód właśnie w jeden dzień.

Pieniężno, Lelkowo i Elbląg. Trzy koncerty: w cerkwi, potem w domu kultury w Lelkowie i w ukraińskim domu w Elblągu. Udało się zebrać pieniądze, chwała Bogu. Ale celu nie zamykam, będę kontynuował. Może uda się jeszcze kupić jeden albo dwa samochody.

Był pan w szczególnych miejscach dla ukraińskiej mniejszości narodowej w Polsce. Jakie są pana wrażenia z tych koncertów, z tych ludzi i miejsc, które pan odwiedził?

Tylko dobre. Jestem dumny, że mam możliwość dotknąć historii i kultury ludzi, którzy żyją tutaj już od niejednego pokolenia, na północy Polski.

W Przemyślu ktoś zrobił mi krótką wycieczkę po Domu Narodowym — piękne sztukaterie, wielka wspaniała sala. Ludzi na koncercie nie było wielu, ale wszystko było dobrze. I też przekazali mi datki.

W Krakowie nie wszystko mi się udało, ale dzięki Krakowowi zobaczyłem swoją rodzinę, swoich kumów, którzy uciekli przed wojną. Mają polskie korzenie i już jakoś sobie radzą. Mój chrześniak mieszka tam, uprawia sport — podoba mi się to. Kraków w ogóle jest bardzo pięknym miastem.

A potem z Krakowa jechałem tutaj, do Elbląga, i po drodze spotkałem swoją rodzoną siostrę i siostrzenicę w Warszawie. To też było dla mnie szczęście — zobaczyć swoją rodzinę.

Co pozwala panu wierzyć w Ukrainę i w zwycięstwo?

Oj, trudne pytanie. Myślę, że przede wszystkim to, co mam w sobie. Ludzie są zmęczeni wojną, przestali wpłacać datki, dzieje się wiele różnych rzeczy. Wokół nas jest teraz terror, widzieliście, co dzieje się w Kijowie. To wszystko robi się po to, żebyśmy stracili wiarę, bali się, rozczarowali i chcieli jak najszybciej uciec z kraju.

Nikt nie jest zainteresowany tym, żebyśmy coś odbudowywali czy tworzyli. A jeśli chodzi o nasze zwycięstwo — czytam trochę kanały na Telegramie, gdzie są nasi chłopcy. Rozumiem, że na froncie nie jest wesoło, wręcz przeciwnie. Ale podoba mi się, jak płaczą moskale w jakichś swoich krótkich notatkach, że nasi dają im popalić. To najbardziej zachęca mnie do pracy i pomocy. I właśnie dlatego robimy to, co robimy — między innymi wożąc stąd samochody za granicę.

Dziecięcy Festiwal w Elblągu to wieloletnia tradycja ukraińskiej mniejszości, która co roku jednoczy dzieci wokół kultury, pieśni i sceny. Tak było również w tym roku. Jako pierwsza o swoich wrażeniach z tego wydarzenia opowie przedstawicielka zespołu organizatorów, zastępczyni przewodniczącego miejscowego oddziału Związku Ukraińców w Polsce, Oksana Zatorska:

Dla mnie wyjątkowość i wartość tego festiwalu polega na tym, że występują tutaj dzieci, one zaczynają swoją drogę, potem idą do różnych szkół, rozjeżdżają się, wyjeżdżają z domu. A to daje im bardzo ważny start, aby wiedziały, jaka jest ich tożsamość, kim są, że ukraińska tradycja, kultura, język, pieśni i tańce są bardzo ważne i że to właśnie je kształtuje.

Najważniejsze, co robi ten festiwal, to kształtuje ukraińską młodzież w Polsce, a teraz także dzieci-uchodźców, które uciekają z Ukrainy — wszyscy wiemy dlaczego. Dzieci na tym festiwalu w Elblągu przyjeżdżają z całej Polski: z Przemyśla, z Lęborka, z Koszalina. Są także ukraińskie szkoły w Górowie Iławeckim, w Białym Borze, w Szaszkiewiczówce, w Narodnym Domu.

To jest możliwość, dzięki której dzieci naprawdę się poznają, zaczynają rozpoznawać swoje twarze, rozmawiają ze sobą, bawią się. Festiwal trwa dwa dni, więc mieszkają razem przez te dwa, a nawet trzy dni. Później ich drogi jakoś się przeplatają i jest to taka możliwość, aby wzajemnie się poznawali, wspierali i szanowali.

Także dla mnie czymś bardzo ważnym jest to, jak młodsze dzieci patrzą na starszych, że są oni dla nich autorytetem, że również chcą być tacy jak oni. Kiedy dorosnę, chcę być tak samo w „Arkanie”, albo w „Witrohonie”, czy w „Dumce” i występować tak jak moi starsi koledzy. Ale mają też możliwość poznawać się już od mniejszego regionu podczas warsztatów artystycznych, które są organizowane we wrześniu w Elblągu.

I tam również dzieci mają możliwość doskonalenia swoich talentów. Nauczyciele spotykają się ze sobą, wymieniają doświadczeniami.

/muzyka/

Oczywiście, kiedy sama byłam dzieckiem, również tutaj występowałam.

I zawsze bardzo ciepło wspominam tamte chwile, kiedy wychodziłam na scenę, ale to zostaje w pamięci do końca życia. To niesamowite, jak taki mały człowiek później się kształtuje. Tutaj jest ukraińska kultura, ukraiński język.

Bez języka nie ma kultury, a bez kultury nie ma narodu. I myślę, że to jest najważniejsze. Nasza ukraińska kultura to wielka wartość i to, że wiemy, kim jesteśmy. A to chyba jest najważniejsze, nawet filozoficzne pytanie — żeby wiedzieć, kim jesteśmy.

Pokazujemy dzieciom z Ukrainy, żeby się nie wstydziły, nie asymilowały się całkowicie, żeby pamiętały, skąd pochodzą, mimo bólu, którego doświadczają.

Łesia Ołeksandra Bednaż – nauczycielka języka ukraińskiego:

Już ponad 20 lat pracuję z uczniami w Polsce. Pracuję w niewielkich miejscowościach niedaleko Elbląga. Zapewne część dzieci ma ukraińskie pochodzenie.

A część dzieci po prostu wie, że są takie dodatkowe zajęcia i przychodzą do nas, ale mimo wszystko jestem przekonana, że gdzieś głęboko, w swoich korzeniach mają kogoś z Ukrainy. I dlatego ich to interesuje.

Od około 20 lat, odkąd tutaj przyjeżdżam, zawsze pokazujemy jakieś małe formy teatralne.

Myślę, że każdy zrozumiał jakiś ważny moment. Jednym słowem, chyba każdy zrozumiał, że w „Postaciach zwierzątek” chcieliśmy pokazać pewne ludzkie cechy wyglądu i nasze kompleksy, pewne niedoskonałości, które w rzeczywistości są naszymi wielkimi zaletami, naszymi znakami rozpoznawczymi.

Dla mnie najcenniejsze — nie będę już mówić o tej najwyższej idei festiwalu, o której wszyscy wiedzą, o zebraniu Ukraińców w jednym miejscu i pokazaniu, że wspieramy to, co ukraińskie — dla mnie najcenniejsze jest to, że moje dzieci pochodzą z bardzo, bardzo małych miejscowości, z bardzo małych wsi. Nieraz słyszałam opinię: „Nie pojedziemy, bo jesteśmy małą szkołą, jest nas tylko kilkoro dzieci”. Nigdy mnie to nie przekonywało, ponieważ uważam, że każde dziecko jest bardzo cenne. Może nie pochodzi z wielkiego miasta, ale w tym przypadku to jest jego przywilej, a nie wada, że pochodzi ze wsi. Dla moich dzieci sam wyjazd do miasta to już wielkie wydarzenie, tak jakbyśmy my z Państwem wybierali się, nie wiem, do Londynu czy gdzieś indziej. I nawet to, że jedzie tylko po to, żeby zobaczyć Elbląg, zrobić sobie jakieś zakupy, jak żartujemy, w Biedronce — to już go czymś zainteresuje.

Obserwuję ich w ogóle — jak reagują, jak nawet podśpiewują, klaszczą. I ja również dostrzegam w nich coś nowego i ich obserwuję. Podsumowując to, co powiedziałam: wartością jest to, że dzieci z małych miejscowości również powinny tutaj być i nie bać się, że są gorsze, że nie zaprezentują się odpowiednio i tak dalej.

Śnieżanna Husak — nauczycielka z ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim:

Myślę, że ten festiwal ma właśnie ogromne znaczenie. Oczywiście nie da się go przecenić.

Ponieważ znaczenie tego festiwalu jest ogromne. Dzieci przyjeżdżają z całej Polski, można powiedzieć. Przygotowują się do festiwalu prawie cały rok.

I bardzo, bardzo to przeżywają. Nawet kiedy jechałam ze swoimi dziećmi, pytały: „Jak nam wyjdzie? Jak to będzie?”. Tak że naprawdę to przeżywają i czekają na ten festiwal.

I zawsze, zawsze bardzo się cieszą, że tutaj są. Zawsze są ciekawe, jakie programy będą w następnym roku. I zawsze z radością tutaj przyjeżdżamy.

Dzieci również zawsze przyjeżdżają z radością, zawsze wyjeżdżamy po festiwalu pełni wrażeń. Myślę, że ten festiwal ma bardzo, bardzo wielkie znaczenie.

I dla dzieci, i dla nauczycieli, którzy je przygotowują. I dla wszystkich osób, które biorą udział. Przyjeżdżamy z dziećmi na dwa dni.

I dla nich to dodatkowa radość. I dodatkowa możliwość pobycia w środowisku Ukraińców z całej Polski. Nie tylko z własnej szkoły, ale z całej Polski.

Myślę, że to naprawdę bardzo wielkie wydarzenie. I warto je kontynuować, warto to robić. Warto to robić dla naszego ukraińskiego społeczeństwa.

Dla dzieci, które dorastają i pielęgnują ukraińską kulturę. Myślę, że nie da się przecenić znaczenia tego festiwalu.

Marta Korecka — w przemyskiej szkole imienia Markijana Szaszkewicza prowadzi zespół bandurzystów:

Przede wszystkim jest to prawdziwy ukraiński instrument ludowy.

I nie wiem, czy jest jakiś kraj, który może się pochwalić, że to jest właśnie ich instrument. A my mamy czym się pochwalić. Mamy bardzo wiele ukraińskich pieśni ludowych, które właśnie bardzo dobrze wykonuje się i brzmią na bandurze.

Ktoś z natury ma bardzo dobre zdolności wokalne. Z kimś trzeba trochę popracować, ale ci, którzy mają chęci — tworzymy z nimi takie zespoły. To zachęta do tego, żeby właśnie brać udział w tych kolektywach, żeby uczyć się tych instrumentów, żeby chcieć gdzieś pokazać swój talent.

No i chyba właśnie to, jak ten festiwal jednoczy Ukraińców, a teraz jest ich tutaj bardzo dużo. Jednoczy zarówno tych Ukraińców, którzy są rdzennymi Ukraińcami w Polsce, jak i tych Ukraińców, którzy uciekli z powodu wojny w takich okolicznościach. I sami widzicie, że w zespołach są różne dzieci.

I Ukraińcy, którzy urodzili się i mieszkają w Polsce, i Ukraińcy, którzy przyjechali do Polski. To również odegrało bardzo wielką rolę, że wszystkich połączyło. Wokół pieśni, wokół tańca.

To jest nasza broń. Tym walczymy, bronimy siebie, swojego, rodzinnego.

/muzyka/

Ja jestem Ostap Fil:

Tańczę w zespole tanecznym „Arkan”.

Ta idea, ten festiwal, to po prostu coś niesamowitego. Możemy reprezentować naród ukraiński i kulturę na zupełnie drugim końcu Polski.

Mojego dziadka przesiedlono podczas Akcji „Wisła”. Urodził się tutaj, w kolonii na Mazurach. I myślę, że wiele dzieci żyje daleko od swojej ojczyzny.

Myślę też, że można im trochę przekazać, jak wszystko układa się na Podkarpaciu, jak tam wszystko funkcjonuje. Również w tańcu tutaj, w sali, na drugim końcu Polski, jest coś innego. To bardzo fajne uczucie, że możemy coś przekazać tym dzieciom z Północy.

Zaprezentowaliśmy już taniec „Hołubka”. Teraz będziemy tańczyć „Berezniankę”, a w niedzielę — kultowego ukraińskiego „Hopaka”. Który jest twój ulubiony i dlaczego? Myślę, że „Hopak”, ponieważ kojarzy mi się z moim ojcem, który również tańczy w „Arkanie”. Ta idea narodziła się jeszcze przed moim urodzeniem — moi rodzice tańczyli i oswajali mnie z tym tańcem. Od najmłodszych lat pamiętam, że miałem sześć lat, a może nawet mniej, już tańczyłem przy muzyce. Może nie za dobrze, ale już tańczyłem. Tak że ta idea pojawiła się dość szybko.

Nazywam się Sołomija Ozyńska. Ja jestem Julia Humeniuk.

No, my tak jakby bardziej się jednoczymy z zespołem, bardziej rozumiemy się nawzajem. Nie wiem.

Uważam, że to dobry pomysł, ponieważ ludzie, dzieci i starsze osoby zjeżdżają się i mogą zobaczyć. To trwa już wiele lat. I ludzie mogą oglądać i dowiadywać się czegoś nowego.

Bo każdego roku inne dzieci pokazują coś nowego.

Moim ulubionym tańcem starszej grupy jest „Hopak”. Ale mam też ulubiony taniec młodszej grupy — „Kozaczek”. Dlaczego „Hopak”? Dlatego że to taki wyrazisty taniec, w którym wychodzimy solo, pokazujemy każdy siebie i różnimy się od innych, bo to ludowy taniec Ukrainy.

A „Kozaczek” dlatego, że jest bardzo podobny do „Hopaka”. W młodszej grupie tańczyliśmy „Kozaczka” właściwie jak „Hopaka”. Są tam bardzo podobne ruchy.

Dlatego to mój ulubiony taniec.

A ty masz trochę trudniej. Czy wybierasz te same tańce? Chyba też „Hopak”, ponieważ każdy ma swoje solo, tam wszystko się dzieje, wszyscy robią coś innego, wszystko jest takie szybkie. Analogicznie „Hopak” jest moim ulubionym.

Do tematu festiwalu będziemy jeszcze wracać w naszych audycjach.

03.05.2026 – godz. 20.30 – Magazyn (opis do dźwięku)

Dziś w audycji Jarosława Chrunik porozmawia z redaktorem Bohdan Tchórzem o tym, jak po akcji Wisła, która rozpoczęła się 28 kwietnia 1947, Ukraińcy w naszym regionie odbudowywali życie religijne i społeczne. Mamy też wspomnienia o katastrofie w Czarnobylu sprzed 40 lat i akcji pomocy dzieciom oraz relację z konkursu „Młodzi znawcy Ukrainy”. To wszystko już za chwilę w języku ukraińskim.

/muzyka/

Redaktor „Błahowista” Bohdan Tchórz, opowiadając o tym, jak Ukraińcy po deportacji w 1947 roku odbudowywali swoje życie w naszym regionie, dostrzega podobieństwa do polityki reżimów totalitarnych. Chodzi o celowe próby zniszczenia tożsamości i stworzenia podporządkowanego, zunifikowanego społeczeństwa:

Myślę, że warto jeszcze wspomnieć marzec 1946 roku, kiedy to we Lwowie, w pomieszczeniach soboru św. Jura (Świętego Jerzego Zwycięzcy), odbył się tzw. pseudosobór, na którym — zgodnie z wytycznymi Stalina — zatwierdzono likwidację Kościoła greckokatolickiego. Słowo „ukraiński” wtedy jeszcze nie funkcjonowało, była to po prostu cerkiew greckokatolicka. Określenie „ukraińska” pojawiło się dopiero w naszych czasach.

A więc mając już zniszczoną cerkiew, reżimy mogły również pozbyć się ludzi. I tak samo stało się w Polsce w latach 1946–1947. Dokładnie w kwietniu rozpoczęła się akcja „Wisła”, czyli przesiedlanie ludzi z południowo-wschodniej Polski — z okolic Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa i innych — na tzw. ziemie odzyskane.

Dlaczego? Ponieważ tam brakowało ludzi — niemiecka ludność Prus Wschodnich, obawiając się (i to realnie obawiając się) nadchodzącej Armii Czerwonej, uciekała. Wielu z nich zginęło w wodach Morza Bałtyckiego, wielu dotarło, wielu zostało zabitych po drodze.

Po nich pozostały puste miejsca, które trzeba było kimś zasiedlić. Zdecydowano, że będą to Ukraińcy. I dlatego pojawiliśmy się tutaj właśnie w kwietniu 1947 roku.

To był początek naszego istnienia na północnych i zachodnich ziemiach Polski, na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Trzeba było zacząć organizować życie.

Ale na początku nie można było praktycznie nic robić, bo tak zaplanowała władza komunistyczna — Ukraińców miało nie być. To była typowa polityka komunistyczna czy imperialna: budować społeczeństwa jednonarodowe, pod jednym kierownictwem, gdzie wszyscy mają słuchać narzuconej władzy.

W żadnym państwie nie ma jednolitej narodowo społeczności — to nie istnieje i nigdy nie istniało.

Ukraińców tu przywieziono — i co dalej z nimi zrobić?

Dopóki żył Stalin, do 1953 roku wszystko odbywało się w warunkach reżimu.

Dopiero od 1956 roku możemy mówić o pewnym złagodzeniu sytuacji — więźniowie wychodzili z więzień, ludzie zaczynali się przemieszczać, powoli zagospodarowywać ziemie.

Trzeba też wyraźnie podkreślić, że między majem 1945 roku (końcem II wojny światowej) a kwietniem 1947 roku minęły dwa lata, które władze przeznaczyły na „oczyszczanie” tych terenów. Ziemie te były rabowane — kiedy nasi ludzie przyjechali, trafili na pustynię. Jeśli stał dom, nie miał okien, drzwi, podłóg, często brakowało dachu, nie było wody.

Dopiero dziś Polacy zaczynają mówić o tym głośniej — że północne i zachodnie miasta były wyludnione, infrastruktura zniszczona, wywożono kanalizację, dachówki, cegły, burzono budynki — to było coś strasznego.

A my, Ukraińcy, tego doświadczyliśmy bezpośrednio. Jeśli ktoś przyjeżdżał i był wrzucany do domu przypominającego ruinę po działaniach wojennych, to jak miał tam żyć? Jak uprawiać ziemię, hodować zwierzęta? Nie było nic.

Trzeba było odnaleźć się od nowa.

/muzyka/

Ludzie powoli zaczęli się odnajdywać. Oczywiście pierwsze dziesięć lat po wojnie było dla nas stracone.

Dlatego dziś wiemy, że wielu ludzi odwróciło się od swojej wspólnoty. I skutki tego odczuwamy do dziś.

Dopiero od 1956 roku, w czasie tzw. „odwilży gomułkowskiej”, zaczęły się zmiany na lepsze. Ludzie zaczęli się ponownie organizować.

Mamy tu przed sobą fotografię — ślubną. Spójrz, jak wyglądają ci ludzie. Bardzo biednie, ale każdy stara się wyglądać przyzwoicie. Skromnie, ubogo, można powiedzieć „po staroświecku”. A jednak próbują zachować swoją tożsamość. Świadczą o tym choćby nasze charakterystyczne chusty.

Zobacz, że oni próbują się uśmiechać. Chcą budować nowe życie w miejscu przesiedlenia. Pierwsza trauma już minęła. Chcą żyć swoim życiem.

Wtedy nasza cerkiew jeszcze właściwie nie funkcjonowała, nawet w podziemiu.

Jest jednak zdjęcie ludzi spod Iławy. Jeśli chcieli się pobrać, brali ślub u księży rzymskokatolickich — tak jak moi rodzice.

Ale później wielu chciało również zawrzeć związek przed ukraińskim greckokatolickim duchownym. Informacje o takim księdzu — ojcu Myrosławie Ripeckim — rozchodziły się ustnie. Mówiono, że jest w Chrzanowie koło Ełku.

Ludzie jeździli do niego, żeby brać śluby, chrzcić dzieci.

Był to początek organizowania życia religijnego. Ojciec Ripecki był pierwszym takim duchownym na tych terenach.

Nie wolno mu było oficjalnie odprawiać liturgii w swoim obrządku. Trzeba oddać mu ogromny szacunek — w swoich zapiskach opisał wysiedlenie. Przywiózł ze sobą część majątku, księgi liturgiczne i ukraińską literaturę, którą udostępniał ludziom.

Mamy dokładne dane z jego notatek — został osiedlony we wsi Chrzanowo koło Ełku. Już 6 lipca odprawił pierwszą liturgię w zrujnowanym domu (dziś odrestaurowanym).

Na początku byli obecni tylko jego żona i diak. Z czasem coraz więcej ludzi dowiadywało się o nim. Inni przesiedleni duchowni również nawiązywali kontakt.

Pociągi były wtedy głównym środkiem komunikacji. Ludzie odnajdywali się nawzajem i przekazywali informacje dalej.

W ten sposób Chrzanowo zaczęło stawać się ważnym ośrodkiem, który jednoczył ukraińskich grekokatolików w Polsce.

/muzyka/

Po katastrofie czarnobylskiej, według oficjalnych danych, około 80% dzieci na Ukrainie miało problemy ze zdrowiem. W odpowiedzi na to Ukraińcy w Polsce zorganizowali akcję pomocy dzieciom Czarnobyla. Było to nie tylko wsparcie, ale także szansa na wypoczynek i poprawę zdrowia.

Tamte czasy wspomina wieloletni przewodniczący oddziału olsztyńskiego Związku Ukraińców w Polsce, Stefan Migus:

Wówczas, 40 lat temu, obywatele Polski — podobnie jak ponad cztery lata temu po totalnej agresji rosyjskiej — ruszyli z pomocą Ukraińcom. W pierwszej kolejności pomagano dzieciom.

Na Warmii i Mazurach leczenie oraz wypoczynek dla dzieci z obwodów kijowskiego, żytomierskiego, czernihowskiego, czerkaskiego i innych regionów organizowały struktury istniejącego wówczas Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz Kościół.

Przez kilka lat na Warmię i Mazury — do takich miejscowości jak Dąbrówno, Lidzbark Warmiński, Kętrzyn, Węgorzewo, Banie Mazurskie, Olsztyn, Giżycko i okoliczne wsie — przyjeżdżały dzieci z terenów dotkniętych katastrofą czarnobylską. Było ich kilkaset.

Organizacją pobytu zajmowali się m.in. nieżyjący już Antin Staruch i Mirosław Maliniak, a także Roman Kluczkowski, Lidia Łojko, Wiktor Radio, Alina Kaczmar oraz dziesiątki innych zaangażowanych Ukraińców, a także Polaków. Ówczesną aktywność można porównać z tą, która ujawniła się po rosyjskiej agresji na Ukrainę 24 lutego 2022 roku. Pomoc dzieciom czarnobylskim trwała co najmniej kilkanaście lat.

Szczególnie konsekwentny w tych działaniach był m.in. mieszkaniec Bartoszyc, Mirosław Maliniak, wraz z rodziną i zorganizowaną grupą. Dobrze byłoby, aby ta aktywność trwała także dziś, gdy w naszej duchowej ojczyźnie nadal trwa wojna, rozpoczęta i kontynuowana przez Putina.

Swoimi wspomnieniami dzieli się także dyrektorka ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim, Maria Olga Sycz:

To było już dawno, ale bardzo dobrze pamiętam, że to nie były czasy mediów masowych ani internetu. Informacje dotarły do nas — do Polski, na Warmię i Mazury — z dużym opóźnieniem. Pamiętam natomiast moment, kiedy mój syn był jeszcze bardzo mały i po mieście jeździły samochody z megafonami, informując o tym, co się stało, i zachęcając do przyjęcia płynu Lugola.

Wiele osób nie wiedziało, co to jest, i tego nie zrobiło. Ja pamiętam, że oczywiście podałam go swojemu synowi i szczególnie dbałam o dzieci. Być może dzięki temu uniknęliśmy choroby.

Do dziś nie mam problemów z tarczycą, a takie konsekwencje mogły się pojawić. To był ogromny szok. Przez długi czas nie było wcześniej takich tragedii. Bardzo to przeżyliśmy — doskonale to pamiętam. Nie wolno było wychodzić z dziećmi na zewnątrz, trzeba było zostawać w domu. To były trudne chwile.

Jednocześnie rzeczywiście ruszyła pomoc dzieciom z Ukrainy. Organizowano akcje, dzieci przyjeżdżały tutaj, a my je przyjmowaliśmy i pomagaliśmy na tyle, na ile mogliśmy. Bardzo dobrze pamiętam ten czas.

Bardzo osobistą historią podzieliła się także moja redakcyjna koleżanka, Jarosława Chrunik. W tamtym czasie przebywała w Akademii Medycznej w Gdańsku. Jej córka była leczona na rzadki nowotwór — progonomę.

Choroba stanowiła poważne zagrożenie. Jak wspomina Jarosława, lekarze początkowo nie znali dokładnej przyczyny, ale nieoficjalnie przypuszczali, że rozwój guza mógł mieć związek z Czarnobylem:

Lekarz powiedział mi cicho, nieoficjalnie: „Proszę pani, nie wiemy, co to jest”. Kiedy przyszły wyniki, powiedział: „Mamy wynik, ale nadal nie wiemy, co to jest, bo nigdzie wcześniej czegoś takiego nie było”. A potem dodał: „Nie możemy wykluczyć, że to skutek Czarnobyla. Gdyby nie było wybuchu, być może nigdy by się to nie pojawiło”.

Powiedział też: „Oficjalnie tego nie powiemy, ale podejrzewamy, że to może mieć związek z tym wydarzeniem. Było tyle anomalii, że trudno w to uwierzyć”.

Dlatego Czarnobyl ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. Jarosława dobrze pamięta również sam dzień wybuchu w elektrowni. Te wspomnienia także wiążą się z nieoficjalnymi ostrzeżeniami lekarzy.

Było wtedy bardzo ciepło. Siedziałam z dziećmi na dworze. Starsza córka bawiła się w piaskownicy, młodsza była w wózku — miała wtedy cztery miesiące.

Często, gdy dzieci chorowały, wzywaliśmy prywatnego lekarza. Tego dnia przyjechał do kogoś innego, zobaczył mnie, podszedł i powiedział: „Proszę pani, radzę zabrać dzieci do domu”.

Zdziwiłam się — była przecież piękna pogoda. A on powiedział: „Nie wiemy, jak to, co się stało, wpłynie na nas — zwłaszcza na dzieci — za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat”.

Zabrałam więc dzieci i wróciłam do domu. Oficjalnie nikt nie mówił, żeby nie wychodzić. Wszystko było pod kontrolą, jak w Związku Radzieckim. Podawano płyn Lugola — ale często było już za późno.

Powinno się go podać od razu. Dezinformacja była ogromna. A to, że dziś tak wiele osób ma problemy endokrynologiczne, jest ewidentnym skutkiem tamtego wybuchu.

Konkurs „Młodzi znawcy Ukrainy” odbył się już po raz czwarty w Szkole Podstawowej nr 2 w Olsztynie, gdzie działa punkt nauczania języka ukraińskiego. Już od pierwszych chwil czuć było mieszaninę emocji: podekscytowania, zainteresowania i ambicji. Uczniowie nie ukrywali swoich emocji:

Weronika:
Żeby nie było dat.
A co byś chciała?
O antonimach i synonimach. I takie bardzo ogólne.
A jaki nastrój?

Gabriela:
Trochę stresu mam, ale też bardzo mnie ten konkurs interesuje. I mam nadzieję, że pójdzie mi dobrze, tak jak moim przyjaciołom. Czuję się dobrze z pytaniami o Lesię Ukrainkę. Ale nie czuję się bardzo pewnie z pytaniami o Nikifora Krynickiego. To dla mnie i dla nas nowy temat. Ale myślę, że będzie dobrze.

Dlaczego bierzesz udział w tym konkursie?

Michał:
Chcę pójść do ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim. Wiem, że ten konkurs może mi w tym pomóc.

Z tych tematów, które najbardziej ci pasują, które znasz, żeby był dobry wynik?

Lesia Ukrainka wydaje mi się.

Jak tam nastrój?

Liliana:
Wszystko dobrze.

Bojisz się czy nie?

Trochę.

A ty z jakim celem, dlaczego bierzesz udział w tym konkursie? Chcesz sobie coś udowodnić czy jak to jest? Żeby mieć ocenę szóstkę z języka ukraińskiego.

No i to dobra motywacja.

Słuchaj, jaki temat najbardziej ci pasuje, co znasz, że na pewno będzie tam dobrze?
Czarnobyl.
I?
Może Lesia Ukrainka.

Z „Młodymi znawcami Ukrainy” porozmawialiśmy także już po sprawdzeniu:

Jarema Bodnar:
Były wszystkie te zadania, z którymi wcześniej pracowaliśmy. Było o Lesi Ukraince, o Kijowskiej Akademii, o piosence „Oj, w łąku czerwona kalina” – tam były pytania: kiedy urodziła się Lesia Ukrainka? Albo jakie było jej prawdziwe imię? Chciałem zdobyć dwa dodatkowe punkty do egzaminu ósmoklasisty.

I jakie plany po ósmej klasie?

Nie wiem jeszcze. Do liceum pójdę na pewno, ale nie wiem czy w Górowie Iławeckim, czy w Olsztynie. Nie wiem.

Krupa Orest:
Dla mnie najtrudniejszym zadaniem było dopasowanie cytatów ptasich do tekstu Lesi Ukrainki. Najprostsze chyba było: kim byli Kobzarze? Były też tematy o ukraińskich Karpatach, ciekawe fakty. I nie pamiętam już, co jeszcze było.

Wy jeszcze macie dodatkowe atrakcje, gdzieś byliście, opowiedz nam o tym.

Byliśmy w zamku Kapituły Warmińskiej w Olsztynie, na warsztatach — zapisywaliśmy, co widzieliśmy, a potem sprawdzaliśmy to wszystko w grupie.

Anna Poniewozik:
Nie spodziewałam się, że wygram. Niektóre zadania były dla mnie trudne, ale jakoś się udało. A jak przygotowałaś się, co było najfajniejsze?

Czytanie map, które pani nam dała.

Można wygrać tak jak ty, ale też nie. A więc co wam daje udział w takich wydarzeniach?

Zabawę. Nie wiem jeszcze co, trudno powiedzieć.

Co mogłoby być w kolejnych konkursach jako tematy?

Może coś z geografii – może rzeki Ukrainy, coś takiego.

Z organizacyjnej strony o konkursie opowiedział nam nauczyciel Piotr Tabaka:

Co roku liczba uczestników wynosi około trzydziestu, więcej lub mniej. W tym roku mamy ich 28 z siedmiu punktów z Warmii i Mazur. Każdego roku dla dzieci przygotowana jest niespodzianka. W tym roku pójdziemy na warsztaty do zamku w Olsztynie. Tam będzie o Mikołaju Koperniku, o zamku olsztyńskim, o historii. Będzie tam coś ciekawego, co dzieci mogą zobaczyć. W tym roku odbywa się czwarta edycja naszego wojewódzkiego konkursu „Młodzi znawcy Ukrainy”. Od dwóch lat konkurs odbywa się pod honorowym patronatem Warmińsko-Mazurskiego Kuratora Oświaty, a także jest wliczany do konkursów kuratoryjnych. To znaczy, że dzieci, które zajmą miejsca od pierwszego do szóstego, otrzymują dodatkowe punkty.

Dla ósmoklasistów, oprócz punktów, konkurs ten liczy się do konkursów kuratoryjnych, które mogą później być pomocne przy przyjęciu do szkoły średniej.

W zespole organizacyjnym jest również nauczycielka Sylwia Pietnoczko:

Dla ciebie, jako organizatora, to wydarzenie jest sprawdzianem wiedzy tych młodych ludzi czy czymś więcej?

To nie tylko sprawdzian wiedzy, to bardzo głęboka, mogę powiedzieć, refleksja nad tym, że my, nauczyciele, rzeczywiście uczymy tych dzieci języka ukraińskiego.

One przychodzą tutaj na zajęcia, a nie tylko na swoje lekcje, ale jednak ta wiedza zostaje w ich sercu, zostaje miłość do wszystkiego, co rodzime. I ten konkurs właśnie pokazuje nam, że sens naszej pracy jest bardzo duży. Myślę, że dzieci wiele wynoszą z lekcji, czasami mówią nam, że nic nie pamiętają, nic nie umieją, ale jednak umieją, pamiętają i zawsze będą pamiętać.

Kolejnym organizacyjnym motorem tej wydarzenia jest Mirosława Czetyrba-Piszczako:

Najważniejsze jest to, że wszystko przebiegło z sukcesem, że wszystko, co sobie zaplanowałam, udało mi się zrealizować. Mam nadzieję, że uczniowie i nauczyciele wyjeżdżają z Olsztyna zadowoleni, że będą refleksje, że będzie wsparcie, mam nadzieję, że będzie wsparcie naszego konkursu, bo myślę, że warto to kontynuować.

Dzisiejszy uczeń pracuje, chce mieć wyniki, ale chce też być doceniony i chce, żeby to wpływało na jego proces edukacyjny, żeby były z tego punkty. Dlatego zdecydowaliśmy się zostawić tę formułę konkursu. Ja też, gdy z nimi rozmawiam, zawsze robimy taką lekcję refleksji po zajęciach.

I kiedy rozmawiamy o ich odczuciach, mówią mi, że to, czego nauczyli się przed konkursem, bardzo dobrze zapamiętują. Uważam, że bardzo dużo nauczyli się w tym roku. Sama przygotowanie do konkursu to taki trochę maraton, bo jest wiele tematów, różnorodnych, ale szczególnie ci, którzy zdobywają miejsca, są bardzo zadowoleni.

Swoimi refleksjami podzieliła się również przewodnicząca jury, dyrektorka ukraińskiej szkoły w Bartoszycach Lubomira Tchórz:

Wszystkie dzieci, które tu przyjechały, już są zwycięzcami. Ponieważ materiał, tematyka, która była zaprezentowana zarówno dla młodszych dzieci z klas 4–6, jak i dla starszych z klas 7–8, była bardzo szeroka i różnorodna. I oczywiście koncentrowała się nie tylko na ciekawych informacjach i tematach związanych z Ukrainą, ale także dotyczyła naszego życia tutaj, w Polsce.

Najważniejsze jest to, że te dzieci wiedzą znacznie więcej niż inni, ponieważ przygotowywały się dodatkowo, wykraczając poza program nauczania i poszerzając swoją wiedzę.

Pożegnanie

/muzyka/

 

Przeczytaj poprzedni wpis:
Pierwsza edycja RękodziELnika. Święto lokalnych twórców w Elblągu

Lokalni rzemieślnicy i artyści spotkali się w Kamieniczkach Elbląskich podczas pierwszej edycji RękodziELnika. Kiermasz zgromadził twórców biżuterii, ceramiki i wyrobów naturalnych. Odwiedzający mogą nie tylko kupić...

Zamknij
RadioOlsztynTV