Audycje w języku ukraińskim – styczeń 2026
Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!
Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 10.50 i 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.
Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.
- 30.01.2026 – godz. 18.10
- 30.01.2026 – godz.10.50
- 29.01.2026 – godz. 18.10
- 29.01.2026 – godz. 10.50
- 28.01.2026 – godz. 18.10
- 28.01.2026 – godz. 10.50
- 27.01.2026 – godz. 18.10
- 27.01.2026 – godz. 10.50
- 26.01.2026 – godz. 18.10
- 26.01.2026 – godz. 10.50
- 25.01.2026 – 20.30 – magazyn
- 24.01.2026 – godz. 10.50
- 23.12.2025 – godz. 18.10
- 23.01.2026 – godz. 10.50
- 22.01.2026 – godz. 18.10
- 22.01.2026 – godz. 10.50
- 21.01.2026 – godz. 18.10
- 21.01.2026 – godz. 10.50
- 20.01.2026 – godz. 18.10
- 20.01.2026 – godz. 10.50
- 19.01.2026 – godz. 18.10
- 19.01.2026 – godz. 10.50
- 18.01.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 17.01.2026 – godz. 10.50
- 16.01.2026 – godz. 18.10
- 16.01.2026 – godz. 10.50
- 15.01.2026 – godz. 18.10
- 15.01.2026 – godz. 10.50
- 14.01.2026 – godz. 18.10
- 14.01.2026 – godz. 10.50
- 13.01.2026 – godz. 18.10
- 13.01.2026 – godz. 10.50
- 12.01.2026 – godz. 18.10
- 12.01.2026 – godz. 10.50
- 11.01.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 10.01.2026 – godz. 10.50
- 09.01.2026 – godz. 18.10
- 09.01.2026 – godz. 10.50
- 08.01.2026 – godz. 18.10
- 08.01.2026 – godz. 10.50
- 07.01.2026 – godz. 18.10
- 07.01.2026 – godz. 10.50
- 06.01.2026 – godz. 10.50
- 05.01.2026 – godz. 18.10
- 05.01.2026 – godz. 10.50
- 04.01.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 03.01.2026 – godz. 10.50
- 02.01.2026 – godz. 18.10
- 02.01.2026 – godz. 10.50
25.01.2026 – 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)
Dziś zabieramy Państwa w krótką, jeszcze świąteczną podróż po Warmii i Mazurach. Będą Bartoszyce i „Spotkanie z kolędą”, współorganizowane przez ukraińską szkołę imienia Łesi Ukrainki, oraz Węgorzewo i XIII Przegląd Kolęd, Jasełek i Szczedriwek – bo kolędowanie po świętach wciąż trwa. Porozmawiamy też z Piotrem Baczewskim, pełnomocnikiem wojewody warmińsko-mazurskiego do spraw mniejszości narodowych i etnicznych. 22 stycznia minęło dwa lata odkąd nasz gość pełni tę funkcję. To wszystko już za chwilę, w języku ukraińskim. Mamy jeszcze informację organizacyjną – za tydzień, ze względu na transmisję meczu, nasza audycja zostanie wyemitowana godzinę wcześniej, o 19.30.
/muzyka/
Polskie i ukraińskie kolędy – wykonawcy z obu tradycji oraz wspólne muzykowanie. Tak wyglądało „Spotkanie z kolędą”. Wydarzenie odbywało się w Bartoszyckim Domu Kultury przy wsparciu lokalnych władz, z którymi ukraińska szkoła z powodzeniem współpracuje.
Mówi jej dyrektorka, Lubomira Tchórz:
Wszystko odbywa się u nas, nasze wydarzenie nazywa się „Spotkanie z kolędą”. Jest ono dla wszystkich, którzy lubią poezję bożonarodzeniową, którzy lubią pieśni bożonarodzeniowe, kolędowanie, chcą jeszcze raz przeżyć tę atmosferę świąt i Nowego Roku.
Występują soliści, chóry, zespoły wokalne, nasze dzieci oraz oczywiście osoby indywidualne ze szkół muzycznych, które grają na różnych instrumentach. Jest to taka okazja do zaprezentowania tego, czego dzieci nauczyły się w ciągu roku, dwóch czy trzech lat, jeśli chodzi o szkołę muzyczną.
/muzyka/
A nasze dzieci stale uczą się różnych pieśni tematycznych, pieśniowych, no i oczywiście bożonarodzeniowych, noworocznych kolęd i pastorałek, które prezentujemy, bo jest ku temu okazja. To oczywiście dla nas bardzo radosne święto. W tym roku po raz pierwszy zorganizowali się rodzice i dzieci, które przyjechały z Ukrainy w czasie wojny.
Tak że to zapewne będzie coś nowego na naszej scenie, chociaż wertep jest nam, Ukraińcom, wszystkim znany, wiadomo, czym jest wertep. Oni po raz pierwszy wystąpią jako uczniowie naszej szkoły, ale z Ukrainy, jako rodzice naszej szkoły i nauczyciele naszej szkoły, ale w większości są oni z Ukrainy. Choć dołączyli do nich także nasi absolwenci, również z Ukrainy.
Także i nasze dzieci, obywatele Polski. Ale to jest ich inicjatywa. Między innymi pani asystentka międzykulturowa, pani Ludmiła, objęła opieką i wsparła wszystkich tych, którzy może nie zawsze chcieli być aktywni, a dziś pokażą, że potrafią być aktywni, potrafią włączać się w nasze inicjatywy, i bardzo mnie to cieszy.
Cieszę się z tego powodu, że mamy taką możliwość, by jeszcze bardziej pokazać kulturę ukraińską.
Orest Ortyński, nauczyciel szkoły muzycznej:
Uczę przedmiotów muzyczno-teoretycznych i prowadzę chór.
No wiadomo, że to jest szkoła polska i polskie dzieci, chociaż mam kilkoro Ukraińców. Kolędy śpiewają chętnie. Dobieram takie kolędy, które miałyby, że tak powiem, tę samą linię melodyczną – zarówno kolędy ukraińskie, jak i polskie.
Na przykład można wymienić kolędę „Dzisiaj w Betlejem”, a to jest nasze „Niebo i ziemia”. Albo jeszcze taka kolęda jak „Zbawiciel nasz narodził się”, po polsku jest to „Gdy się Chrystus rodzi”. Śpiewanie kolęd niesie w sobie siłę – pana zdaniem, na czym polega ta szczególność kolędy? Wydaje mi się, że po pierwsze tak.
Sam proces kolędowania przynosi wielką radość. Nie tylko małym dzieciom, ale i dorosłym, i wszystkim. Przecież myślę, że nie pomylę się, jeśli powiem, że gdy nadchodzi jesień, zaczyna się szkoła, zaczyna się rok szkolny, to jednak dzieci czekają na ten czas bożonarodzeniowy po to, aby kolędować.
I nie tylko dzieci, ale także ich rodzice. Tak więc to jest już swego rodzaju pewna mistyka. To nie jest jakieś tam, no, takie powierzchowne odczuwanie tradycji i tak dalej. To jest głęboko zakorzenione, zresztą zarówno u Ukraińców, jak i u Polaków.
Przy takich wydarzeniach zawsze cenimy opinie artystów oraz tych, którzy cieszą się ich talentami. Oto, co usłyszeliśmy w Bartoszycach:
Nazywam się Tymoteusz Baran. Jestem z Bartoszyc. Będę występował z chórem naszej szkoły muzycznej I stopnia w Bartoszycach.
No i będziemy śpiewać kolędy. Będzie tam na pewno „Cicha noc”.
A jaka jest twoja ulubiona?
„A wczora z wieczora”, bo tam gram w duecie, śpiewam w duecie z kolegą.
Skąd w ogóle zainteresowanie muzyką?
Rozmawiałem w domu, mama pokazała, że pan Orest zaprosił mamę, żeby zapisała mnie do szkoły muzycznej. Wtedy pomyślałem, że fajnie będzie grać na jakichś instrumentach.
A jaki jest twój ulubiony?
Skrzypce. Jakoś fajnie mi się na nich gra.
Dmytro Chodorwski:
Myślę, że takie koncerty, łączą polską młodzież z ukraińską, w tych czasach, w których żyjemy, w trudnych czasach, musimy trzymać się razem. I takie koncerty dają nam taką możliwość, żeby śpiewać razem, grać razem i być razem.
Mam na imię Iraida, przyjechałam z Ukrainy w 2022 roku, 8 marca zaraz po wybuchu wojny:
Takie spotkania dają dla serca, dla duszy ukojenie. Jest wspólnota z Ukraińcami i bardzo się cieszę, że jest tu wielu z szkoły muzycznej.
Znam ich. I widzę, jak te dzieci rosną i zawodowo poprawiają swoją grę.
A na czym, pani zdaniem, w ogóle polega magia kolęd?
One tak pobudzają ludzi, że ludzie chcą tańczyć, a nie tylko słuchać.
To jest wspólnota ludzka, szczególnie na Ukrainie, to jest nieodłączna część świąt Bożego Narodzenia.
„Spotkanie z kolędą” w Bartoszycach przypomniało o wielokulturowości regionu. Wspólne polskie i ukraińskie kolędy pokazały, że muzyka łączy i wzmacnia polsko-ukraińskie relacje
Przegląd w Węgorzewie przygotowała greckokatolicka parafia Świętego Krzyża wspólnie z miejscowym kołem Związku Ukraińców w Polsce. Na scenie wystąpili kolędnicy z Sobiech, Więcek, Bani Mazurskich, Srokowa i Kruklanek, a także dzieci wojennych uchodźców z Ukrainy. Zwieńczeniem święta był występ chóru parafii węgorzewskiej. O owocach wspólnego przeżywania tradycji bożonarodzeniowej opowiada proboszcz parafii, ojciec Paweł Staruch:
o. Paweł Staruch:
Każda grupa, każdy uczestnik ma okazję pokazać, czego nauczył się w minionym roku, a także zaprezentować to, co zrozumiał i co potrafił sobie przyswoić, aby podzielić się tym z innymi. Widzimy, że jest to potrzebne i że warto to robić. I uważam, że wychodzimy z tego silniejsi, niż byliśmy dotychczas. Umacniamy się w wierze, jesteśmy przekonani, że należy pielęgnować naszą tradycję i odkrywać jej piękno.
Za każdym takim przeglądem stoją lata pracy organizacyjnej i odpowiedzialności. Podkreśla to szczególnie przewodniczący koła ZUP w Węgorzewie, Darij Drabyk:
To pokazuje, że jesteśmy, że władze wiedzą o naszej obecności i że stoimy mocno. Samorządy już zadeklarowały wsparcie wydarzenia w przyszłym roku, ale trzeba było na to pracować przez trzynaście poprzednich lat.
Największe emocje pojawiają się wtedy, gdy ogłaszamy, że przegląd się odbędzie. Wtedy z napięciem zawsze czekamy, czy będą zgłoszenia. A potem przeżywamy, że przyjedzie aż tylu ludzi albo – przeciwnie – dlaczego jest ich tak mało. Jednocześnie trzymamy się stałego terminu — ostatniej soboty przed feriami zimowymi. Już teraz zapraszamy wszystkich chętnych na przyszły rok.
O codziennej pracy z najmłodszymi oraz o tym, dlaczego właśnie od dzieci zależy przyszłość ukraińskich zwyczajów, opowiedziała nam nauczycielka Stefania Urbańska:
Musimy się spotykać, musimy uczyć dzieci, przypominać nasze ukraińskie tradycje — zarówno religijne, jak i ludowe. Jeśli tego nie będziemy robić, wszystko zaniknie. Trzeba zachęcać, aby dzieci chciały przychodzić. Na razie mi się to udaje. Myślę, że dzieci dobrze wykonały swój program. Przychodzą z radością — nie tylko śpiewają, ale też się bawią. Trudno jest im mówić po ukraińsku, ponieważ są to dzieci z małżeństw mieszanych. Może tylko dwie osoby pochodzą z typowo ukraińskich rodzin, gdzie mama i tata mówią po ukraińsku. Pozostałe dzieci używają języka ukraińskiego najczęściej tylko podczas naszych wspólnych spotkań. Powoli jednak nam się to udaje. I myślę, że wszyscy inni również podobnie uważają — że takie spotkania jak dzisiejsze, podczas których śpiewamy o Jezusie Chrystusie, są potrzebne i że trzeba w nich zawsze brać udział.
Ukraińska pieśń w rodzinie często staje się wspólnym językiem kilku pokoleń.
Mychajło Artymowicz:
„Chcę, żeby zachował tradycję i kiedyś przekazał ją swoim dzieciom. Syn bardzo lubi śpiewać, a cała nasza rodzina bardzo kocha ukraińską muzykę”.
Skoro zapytaliśmy ojca, zapytaliśmy również syna, dlaczego warto brać udział w takich wydarzeniach.
Jakub Artymowicz:
Aby kontynuować tradycję i pokazywać młodszym dzieciom, że warto to robić. Lubię śpiewać. Na początku jest stres, ale zawsze przygotowuję się do występu i potem jakoś to mija.
Takie wydarzenia są ważne również dla rodzin, które wojna wypędziła z domów na Ukrainie. Tutaj odnajdują one bliskość i wspólnotę.
Zynowija Rusyn:
Tak naprawdę bardzo miło jest nam być częścią ukraińskiej kultury w Polsce. Przez pierwsze dwa–trzy lata nie znaliśmy tu nikogo i w ogóle nie mieliśmy kontaktu z językiem ukraińskim, poza własną rodziną. To było smutne. Najbardziej smutno było w czasie kolędowania, bo pochodzimy z bardzo śpiewającej rodziny, dla której kolędy i kolędowanie są bardzo ważne. Kiedy nie było możliwości i miejsca, by kolędować, było to naprawdę przykre. Teraz taka możliwość istnieje i okazuje się, że są tu ukraińskie więzi, ukraińskie środowiska, które wspierają ukraińską kulturę. To jest dla nas bardzo ważne. Bo gdyby Ukraińcy nie wspierali swojej kultury, to prawdopodobnie nie byłoby już narodu ukraińskiego. Tylko dzięki temu, że Ukraińcy pielęgnują swoje tradycje i kulturę, Ukraina istnieje do dziś i Ukraińcy istnieją do dziś.
Duchowy wymiar wydarzenia, udział młodzieży oraz otwartość wspólnoty na nowych ludzi docenił także władyka Arkadiusz Trochanowski:
Dla mnie najważniejsze jest to, że biorą udział dzieci i młodzież, że śpiewamy ukraińskie kolędy i że chcemy jak najlepiej wychować nasze dzieci. Myślę, że dziś szczególnym zadaniem jest praca katechetyczna, której należy poświęcić wiele uwagi. W szczególny sposób będzie się ona odbywać w parafiach, ponieważ mamy ograniczoną liczbę godzin religii w szkołach. Cieszy mnie również zaangażowanie świeckich katechetów — to naprawdę wielka praca, którą wykonują, i bardzo inspirująca. Z optymizmem patrzę w przyszłość, bo jeśli są tak zaangażowani, to z pewnością pojawią się kolejne pomysły i inicjatywy, w które będzie można ich włączyć. Szczególnie cenne jest także to, że występują Ukraińcy, którzy przybyli tu po wybuchu wojny. Tym razem była to rodzina z Gołdapi, która zaprezentowała się na bardzo wysokim poziomie. To również powód do dumy. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy pomogli mamie z dziećmi przyjechać do Węgorzewa. To pokazuje, że powinniśmy jeszcze bardziej starać się docierać do takich osób, także do miejscowości, gdzie wydaje się, że nie ma Ukraińców, a gdzie mogą mieszkać uchodźcy niemający żadnych kontaktów ani wiedzy o istnieniu ukraińskiej wspólnoty. W to powinny angażować się zarówno Cerkiew, jak i Związek Ukraińców w Polsce.
Rozmowę z Piotrem Baczewskim rozpoczniemy pytaniem o to, jak rozumie swoją rolę pełnomocnika do spraw mniejszości narodowych.
Piotr Baczewski:
Ja reprezentuję wojewodę w kontaktach z mniejszościami, ale również reprezentuję te mniejszości względem wojewody. Więc jest to rola takiego pomostu, łącznika. Te tematy są mi bliskie, bo rodzice od mojej mamy byli wysiedleni w ramach akcji Wisła i byli grekokatolikami, co my oczywiście kontynuujemy. A ze strony ojca rodzina była z północnego Mazowsza, więc jestem przykładem warmińsko-mazurskim takiego połączenia. Ja w tej roli się bardzo dobrze czuję.
Zna Pan bardzo dobrze społeczność ukraińską — jak Pan ocenia jej funkcjonowanie w regionie?
Ja myślę, że jeśli chodzi o te ukraińskie tematy, warto by było działać wspólnie. I nieraz też widziałem, nawet choćby w naszym regionie jest jakaś impreza, no nie zawsze choćby Małanki można zrobić w innym terminie, ale choćby się starać, żeby geograficznie nawet, jeżeli coś jest w Elblągu i w Pasłęku, to nie robić to w jeden dzień. Elbląg i Giżycko są trochę dalej od siebie, to wydarzenie magą się nakładać. Ale taka synchronizacja jest bardzo potrzebna. Trzeba wykorzystywać cały ten potencjał, który mamy, bo on jest niemały, ale często on jest rozproszony i tego mi brakuje, takiej synchronizacji, koordynacji, bo tak na dobrą sprawę, no nikt tego nie robi systemowo.
Czy zauważył Pan zmiany w ukraińskiej społeczności po napływie uchodźców wojennych z Ukrainy?
Niewielka ich część tak naprawdę zostaje na stałe. Ja myślałem na początku wojny, że dłużej zostaną, czy że więcej osób zostanie. Okazało się, że nie, że jednak często wyjechali do tych dużych ośrodków, dużych miast w Polsce i też na zachodzie. Co jest zrozumiałe, no bo jadą za pracą, za lepszymi warunkami życia, więc ten wpływ nie był taki aż duży, ale fajnie, że część osób została i wzbogaca mniejszość ukraińską. Szczególnie bliskie nam są kulturowo i religijnie osoby z zachodu Ukrainy, no ale jesteśmy też otwarci na osoby z centralnej i wschodniej Ukrainy, którzy się garną do tej ukraińskiej kultury, którą często poznają w Polsce dokładniej, a nie poznawali gdzieś tam w środkowej i wschodniej Ukrainie. Więc to też jest dla nich odkrycie, że tu jest tak bogata tożsamość narodowa i kulturowa.
Dla mniejszości trudne do zaakceptowania jest to, że uchodźcy często rozmawiają po rosyjsku. Jak Pan widzi tą kwestię?
Uważam, że z biegiem czasu jeśli oni nie przejdą na ten język ukraiński, to swojej tożsamości narodowej ukraińskiej nie zbudują. Tam gdzie zaczyna się język danej narodowości, to tam zaczyna się i kultura i świadomość narodowa i wszystko inne. A tam gdzie mówimy w języku, przeciwnika, wroga czy arcywroga, który chce zniszczyć tą narodowość, mówimy w tym języku, to ja sobie nie wyobrażam tego. Ja mówię na początku rozumiem, ale jeśli nie przestawią się te osoby, to one i tak nie będą Ukraińcami. Może się słowo jakieś trafić, jedno, drugie, czy jakieś specjalistyczne, które zawsze słyszeli po rosyjsku – okej, to jest zrozumiałe. Natomiast powinni się starać mówić, po ukrainsku nawet kalecząc. Bo tak widać, że ktoś się stara, że się uczy, czyli chce.
Czy zacieśnianie relacji z ukraińskimi regionami może być dziś dla nas istotne?
Ja jestem orędownikiem współpracy z obwodem lwowskim i myślę, że władze naszego regionu też w tym kierunku pójdą. Nie tylko obwód równeński, który był wcześniej, ale też kolejne obwody. Powinniśmy być otwarci na tą współpracę, bo często jej brak na poziomie wojewódzkim, instytucjonalnym zamyka drogę różnym firmom czy branżom do pogłębiania współpracy. Jeżeli ona jest nawiązana, to jest zielone światło, nie ma obaw. A naprawdę od siebie możemy się bardzo dużo uczyć. Ukraińcy mają nam też bardzo wiele do zaoferowania, choćby to co się mówi o dronach, o doświadczeniach ukraińskich w obronie, przecież oni to wszystko przerobili na własnej skórze. To nie są teorie nawet najlepszych strategów wojskowych, które są na papierze. To są przerobione tematy i korzystając z tych doświadczeń, a widzę, że nasz rząd i Ministerstwo Obrony Narodowej coraz szerzej korzysta z tych właśnie doświadczeń. Wcześniej Ukraińcy też dużo skorzystali z naszej broni, amunicji, ale jeśli nie uświadomimy sobie, że my jedziemy wspólnie na jednym wózku i damy się podzielić, czyli tak naprawdę pozwolimy odnieść sukces kremlowskiej propagandzie, to nie będzie najpierw jednych, a potem drugich. To tylko kwestia czasu, czy to będzie kilka miesięcy, czy kilka lat, czy kilkanaście. Tak się to skończy, bo tak się też skończyło w historii i ten agresor ze wschodu przez te trzysta pięćdziesiąt ma taką samą strategię. Obojętnie jak on się nazywa, czy Związek Radziecki, czy Carska Rosja, czy Putinowska, czy każda inna, cały czas ma te same cele i jeżeli ten imperializm nie zostanie w końcu złamany i zatrzymany, to będą kolejne po prostu ofiary. A my, na własne życzenie, narzekając i pozwalając na ruchy skrajne wobec Ukraińców, tworzymy grunt do wyrzucenia jakiejś nacji z kraju. A jaką mamy alternatywę? Te kilkaset tysięcy miejsc pracy zajmują Ukraińcy dokładnie dlatego, że Polacy tam albo nie chcą pracować, albo nie chcą pracować za te stawki i nie ma alternatywy. Są inni imigranci z zupełnie dalekich nam kulturowo i religijnie miejsc na świecie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że również czekałby nas krach ekonomiczny, jeśli by nie setki tysięcy Ukraińców, którzy pracują, nie korzystają z zasiłków, tylko ciężko pracują dla polskiej gospodarki.
Co stracimy, jeśli nie zdecydujemy się na bliższe relacje?
Mam nadzieję, że choćby z obwodem lwowskim ta współpraca faktycznie zaistnieje pod względem formalnym. To da zielone światło i impuls różnym organizacjom, firmom, instytucjom. My też jesteśmy dobrym przykładem w wielu tematach dla Ukrainy, która musi wprowadzać standardy zachodnie, uporać się z korupcją i społeczne sprawy podnieść na kilka poziomów do góry. Mają mało na to czasu, a my jesteśmy świetnym modelem do naśladowania oczywiście nie jeden do jednego, ale bycia takim właśnie dobrym impulsem i przykładem.Mam nadzieję, że z różnych części Ukrainy i Polski organizacje, firmy, instytucje, ale też dziennikarze, czy to będą youtuberzy, influencerzy będą po obu stronach przybliżać sobie kulturę, a także życie zwykłych ludzi s budować wzajemny szacunek. Bo to jest nam w tych czasach bardzo potrzebne, żebyśmy nie dali pola różnym ekstremistom, którzy bazują tylko na niewiedzy ludzkiej. Oczywiście to jest po obu stronach i skrajne środowiska czekają na to, że po prostu ludzie będą nieświadomi i dadzą się wmanipulować w różne rzeczy. Bo idąc w tym kierunku sami siebie wykluczymy z przyszłej współpracy z Ukrainą, z przyszłej odbudowy, a będą to na pewno bardzo duże środki, które zostaną też przez Zachód wpompowane w Ukrainę, w pomoc w odbudowie i sami będziemy sobie winni, jeżeli będziemy się wpychać w tak ksenofobiczne tematy.
Zaproszenia
W środę, 28 stycznia, w sali parafialnej przy greckokatolickiej cerkwi w Olsztynie odbędzie się spotkanie z ks. Tarasem Mychalczukiem ze Lwowa. Duchowny spotka się z wolontariuszami, aby osobiście podziękować za ich wsparcie dla Ukrainy. Początek spotkania o godzinie 17:00.
31 stycznia w Pieniężnie odbędzie się Warmińska Malanka. W programie muzyka zespołu HARAZD, ukraińska kuchnia, wystawa starych ręczników oraz wykład o ich znaczeniu. Wydarzenie ma też na celu zbiórkę środków dla Ukrainy. Szczegóły na stronie wydarzenia na Facebooku.
Nie zapomnijcie, że za tydzień, 1 lutego, nasza audycja wyjątkowo rozpocznie się godzinę wcześniej, o 19:30.
Pożegnanie
/muzyka/
24.01.2026 – godz. 10.50 (opis do dźwięku)
Powitanie
(-)
kalendarium
(-)
Dziś – kontynuacja trójstronnych rozmów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W Abu Zabi spotykają się delegacje Ukrainy, USA i Rosji. Temat rozpoczętych wczoraj negocjacji to pokój na Ukrainie. Punktem spornym są rosyjskie żądania terytorialne dotyczące Donbasu. O szczegółach Paweł Buszko:
(-) korespondencja w języku polskim
Dzisiaj w nocy Rosjanie uderzyli z powietrza w Kijów, Charków i kilka innych ukraińskich miejscowości. W wielu regionach ogłoszono alarmy przeciwlotnicze. Są zabici i ranni. Jak podkreślają ukraińscy internauci, Rosjanie atakują głównie obiekty cywilne, choć w tym samym czasie ich delegacja prowadzi w Abu Zabi negocjacje o zakończeniu wojny i deklaruje, że Moskwa chce pokoju. O szczegółach Maciej Jastrzębski:
(-) korespondencja w języku polskim
Polska rusza na pomoc zmarzniętej Ukrainie. W drodze do Kijowa są konwoje ciężarówek wypełnione generatorami prądotwórczymi. Ukraina po zmasowanych atakach Rosji na infrastrukturę krytyczną zmaga się z brakiem prądu, wody i ogrzewania. Sytuacja jest dramatyczna – tylko w Kijowie ogrzewania nie ma w prawie dwóch tysiącach budynków:
(-) korespondencja w języku polskim
Gdy generatory z Polski już jadą do Kijowa, Francja dopiero zapowiada międzynarodowe wsparcie dla ukraińskiej sieci energetycznej. To efekt rozmów przeprowadzonych z przedstawicielami grupy G7 oraz 14 innych państw, między innymi Polski. W ostatnich tygodniach rosyjskie ataki pozbawiły prądu i ogrzewania setki tysięcy ludzi na Ukrainie, a prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan nadzwyczajny w energetyce:
(-) korespondencja w języku polskim
Rosji nie uda się złamać morale Ukraińców poprzez pozbawienie ich prądu – uważa ukraiński dziennikarz Ołeh Biłecki. W Polskim Radiu 24 mówił o sytuacji cywilów, którzy po rosyjskich atakach na infrastrukturę energetyczną są bez prądu, wody i ogrzewania:
(-) wypowiedź w języku polskim
W środę, 28 stycznia w sali parafialnej przy cerkwi greckokatolickiej w Olsztynie odbędzie się spotkanie z ks. Tarasem Mychalczukiem, przewodniczącym Centrum Kapelaństwa Wojskowego Archieparchii Lwowskiej oraz proboszczem Garnizonowej Cerkwi Świętych Apostołów Piotra i Pawła we Lwowie. To z nim współpracują olsztyńscy wolontariusze, działający przy olsztyńskiej parafii. Ksiądz Taras pragnie osobiście podziękować każdemu wolontariuszowi, który przez lata wojny wspierał wolontariuszy swoją pracą, ofiarnością i modlitwą. Początek spotkania w sali parafialnej o godz 17.
W najbliższy poniedziałek w olsztyńskiej parafii rozpoczyna się tradycyjny kurs ikonopisania. Mogą w nim wziąć udział uczniowie starszych klas szkoły podstawowej, studenci oraz dorośli, którzy zechcą przekonać się, że potrafią własnoręcznie stworzyć piękne dzieło artystyczne. Zajęcia będą się odbywały codziennie od godz 10-tej do 16-tej, a będzie je prowadziła s. Wiktoria NMP. W tym roku uczestnicy stworzą ikonę św. Mikołaja. Zakończenie kursu odbędzie się w niedzielę 1 lutego po liturgii na godz. 10-tą. Wtedy ikony zostaną poświęcone, a ich autorzy otrzymają odpowiednie certyfikaty.
Powoli kończy się czas karnawału, ale przed nami jeszcze kilka ciekawych wydarzeń. Jednym z nich jest Małanka Warmińska w Pieniężnie. Będzie to ukraińska noc karnawałowa pełna tradycji, smaków i solidarności. Pierwszym atutem będzie tradycyjna kuchnia ukraińska; drugim – zespół HarazD z Gdańska, który zawsze jest gwarantem dobrej zabawy. Oryginalną ciekawostką małanki w Pieniężnie będzie wystawa dawnego ukraińskiego rękodzieła, między innymi – wyszywane ręczniki sprzed ponad 100 lat. Można będzie posłuchać krótkiej opowieści o ich symbolice, historii i znaczeniu w kulturze ukraińskiej. I jak zwykle – część dochodu z wydarzenia zostanie przeznaczona na realną pomoc dla Ukrainy.
(-)
Pożegnanie
18.01.2026 – godz. 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)
Powitanie
(-)
Tydzień temu w cerkwi w Olsztynie, wierni mieli okazję zobaczyć tradycyjny ukraiński wertep (jasełka) w wykonaniu uczniów z olsztyńskiego PNJU, w tym – zespołu „Suzirjaczko”. Wspaniałą niespodzianką było zaangażowanie także rodziców dzieci, którzy na koniec wystąpili razem ze swoimi pociechami. A ostatnią kolędę śpiewała już cała cerkiew.
(-) fragment występu
Wszystkim bardzo się podobało. Oleg z Ukrainy wraz z rodziną mieszka tu już kilka lat:
– Jak się panu podobało?
– Bardzo dobrze.
– Bo jest pan z Ukrainy, rozumiem.
– Tak, ale mieszkamy tu już siedem lat.
– Pierwszy raz widzieliście tu coś takiego?
– Nie, chodzimy tu już cztery lata. Do Olsztyna przeprowadziliśmy się cztery lata temu, może już cztery i pół.
– I widzę, że znaleźliście tu swoje miejsce.
– No tak, jakby tak. Trochę nas życie zmusiło, trochę sami znaleźliśmy. Ale co zrobisz, nic nie zrobisz.
Najmłodsza artystka jest taka malutka, że prawie jej nie widać jak występuje. To Nina Racka, a rozmawiałam też z jej rodzicami – Agnieszką i Michałem:
– Powiedz mi, jak masz na imię?
– Ninka.
– Lubisz śpiewać?
– Tak.
– A co dziś śpiewałaś?
– „W Betlejem dziś Maryja”.
– Wiesz, bardzo ładnie śpiewałaś, choć ledwo cię było widać. Myślę, że od najmłodszych miesięcy chciałaś śpiewać, prawda?
– Tak.
– I będziesz śpiewać dalej?
– Tak.
– Rodzice pewnie też są dumni z takiej artystki.
– To bardzo miłe, kiedy dziecko od małego zaczyna śpiewać. Razem z nami, w domu zaczęliśmy to robić. I po prostu kontynuujemy to w cerkwi. Myślę, że to bardzo ważne, kiedy dziecko widzi przykład rodziców.
– Myślę, że wam też jest miło brać udział w takim wydarzeniu.
– Tak, bardzo miło nam brać udział we wspólnym kolędowaniu, w tym wertepie. Tak, bardzo się cieszymy, ale w domu też dużo śpiewamy. I myślę, że nasze dziecko też tak śpiewa w domu i lubi śpiewać. Chodzi na próby „Suzirjaczka” i śpiewa. I to naprawdę bardzo miło nam słyszeć. Jako rodzicom – bardzo, bardzo.
(-) fragment występu
Jeszcze jedna rodzina to Sandra, Milena, Ołena i Ołeh Małeńki:
– Sądzę, że to wielka radość i duma patrzeć, jak dzieci występują, prawda?
– Tak, oczywiście. I miło patrzeć, jak występują, jak kolędują, jak razem podtrzymujemy tradycje. Mieliśmy też kutię w restauracji. Dzieci też pięknie występowały. A później wszyscy rodzice wspólnie, ładnie i dużo kolędowali. „I nowa radość nastała”, i wiele innych kolęd zaśpiewaliśmy, podtrzymujemy tradycję. Dla nas to przyjemne, dla dzieci też.
– To nie jest tak łatwo jak w Ukrainie, prawda?
– No, trudno, powiem szczerze – trudno. Trzeba włożyć dużo wysiłku. Ale zawsze miło patrzeć na rozwój. Kiedy były małe, mówiły dwa słowa, rosną – mówią już długi wierszyk. A na końcu, kto wie, może zaśpiewają jakąś piosenkę. Na dużej scenie, po ukraińsku.
– A czy nie wydaje wam się, że kiedy coś trudno zachować i pielęgnować, to staje się cenniejsze?
– Sto procent. To zostaje w pamięci. Człowiek dorasta i to w nim zostaje. Może na początku tego nie rozumie. Ale kiedy dorośnie i sobie przypomni, pomyśli: „O, jaki ładny wierszyk pamiętam. A skąd go pamiętam? Bo mama i tata nauczyli”.
– Dziewczynki, jak wam się występowało?
– Łatwo.
– Łatwo?
– Bo mało mówiłam.
– Ale śpiewałyście.
– No to łatwo. Ale jak był wierszyk, to trochę się stresowałam.
(-) fragment występu
Nie byłoby tylu zachwytów, gdyby nie praca pani Darii Bułki-Bzil, kierowniczki zespołu „Suzirjaczko”. Nie ma ona łatwego zadania, w mieście – wbrew pozorom – trudniej jest pracować z dziećmi choćby ze względu na duże odległości:
– Mam wspaniałych rodziców, którzy rozumieją, że bez nich nic nie będzie. Mam frekwencję na zajęciach prawie 95–100%. Dzięki temu możemy dużo zrobić, bo tylko kiedy dzieci są obecne, możemy pracować. W tym roku siostra zdecydowała, że wybierze młodsze dzieci. Dlatego ta praca była trudniejsza, bo małe dzieci nie mają jeszcze takich umiejętności jak starsze. – Może nie tyle umiejętności, co doświadczenia.
– Tak, myślę, że tak. Ale dziś pokazały, że dają sobie radę – wszystko pamiętają, wiedzą, co mają robić. Super. Tylko się cieszyć, bo pewnie te dzieci trafią do mnie, do zespołu, i będę wtedy bardzo szczęśliwa.
– Nie widziała pani, bo patrzyła na dzieci, ale kiedy Nina śpiewała, niektórzy wstawali z ławek, bo jej nie było widać.
– Tak, tak. Ninka to nasza mała gwiazdeczka, najmłodsza w zespole, zawsze robi furorę już samym tym, że jest taka malutka. Ale dziś pokazała, że też potrafi śpiewać.
Występ bardzo się wszystkim podobał. Helena Kostyszyn wyraziła to, o czym pomyślał każdy z obecnych: nie da się przecenić wspólnej pracy dzieci i rodziców:
– Małe dzieci, ale jestem zaskoczona, że rodzice się włączyli. Dla mnie to była wielka nobilitacja. To było coś cudownego, że wszyscy – i mali, i dorośli – śpiewali. A na koniec jeszcze w cerkwi ludzie śpiewali. To było rewelacyjne.
– Tak ma być.
– Tak, tak. To wielkie przeżycie. Wielki ukłon dla naszych artystów dzisiaj.
(-) fragment występu
Niedawno w szkołach zakończyła się przerwa świąteczna, od jutra zaczynają się ferie zimowe, ale uczniowie z Górowa zdążyli trochę dla nas popracować:
(-) audycja szkolna
(-)
Teraz posłuchamy opowieści zupełnie nieświątecznej. Zło nieukarane nie znika, ono powraca w jeszcze gorszej postaci niż poprzednie. Czy reżim stalinowski poniósł jakąkolwiek karę za Wielki Głód, jaki zgotował Ukrainie w latach trzydziestych? Nie. A nie był to jedyny głód. Swawola reżimu wobec tych, komu cudem udało się uniknąć śmierci głodowej, czasami bywa wręcz niepojęta, sadyzm bardzo cyniczny.
Zoja Żuk na stronie vseosvita.ua, pisze: jedną z tych strasznych rzeczy, którymi łamano Ukraińców w czasach Sowietów, był podatek od drzew (i krzewów) oraz masowa, przymusowa wycinka sadów. Było ich kilka: w 1929, 1939, 1948 roku i ostatnia — w 1953, dosłownie tuż przed śmiercią Stalina. W niektórych wsiach ludzie sami wycinali drzewa i krzewy, bo nie mieli czym zapłacić (za nieopłacenie groziła kara). W innych robiły to pokazowo brygady „buksyrów” i czerwonoarmistów. Podatek zniesiono w 1954 roku.
To, jaki wpływ miał ten aspekt ludobójstwa na ukraińską kulturę, trudno ocenić. O tym powinni szczegółowo mówić zarówno historycy, jak i botanicy. Ale w skrócie: zniszczono dziesiątki starych odmian jabłek, grusz, śliw i moreli, porzeczek, wiśni, czereśni…
…A wraz z tym wszystkim — zniknęły przepisy na słodycze i domowe nalewki. I nawet słowa — zniknęły.
Do drzew Ukraińcy zawsze odnosili się z czcią. Ściąć? Grzech. Każde drzewo, które wymarzło lub zostało złamane przez burzę — opłakiwano. Każde wiosenne sadzenie było świętem i symbolicznym aktem: „żyję, rosnę, wierzę w przyszłość… a nawet jeśli ja umrę, drzewa — pozostaną”.
Wikipedia pisze, że szkody wyrządzone tymi stalinowskimi dekretami i „owocowy głód” udało się zażegnać w 1969 roku. Moim zdaniem szkód nie udało się naprawić nigdy — utracone odmiany, naturalne hybrydy… one są utracone na zawsze. Zatrzymanie selekcji i rozwoju na trzy dekady to utracony czas. A co najważniejsze — co uleczy ból duszy tych, którzy pamiętali z dzieciństwa, jak potwory w czerni z czerwonymi gwiazdami wycinały dopiero co rozkwitłe sady? Takie rany leczy tylko Bóg. Takie grzechy wybacza tylko Bóg. Naszym obowiązkiem jest — pamiętać.
O wycince drzew owocowych wspomniała też młodziutka radna odeskiej rady rejonowej Ksenia Kobаlczynska w opowieści o historii swojej rodziny:
– Nazywam się Ksenia Kobаlczynska. Moja babcia ma teraz 80 lat. Pamięta swoje dzieciństwo i pamięta, co działo się z jej rodziną. I jak właśnie nasza rodzina w tamtych czasach cierpiała z powodu Armii Czerwonej, z powodu radzieckiego systemu. Jak wyglądały prześladowania, jak nakładano podatki od drzew. Jak wszystko ścinano, zabierano, odbierano, rozkułaczano. Ludzie, którzy mieli choć trochę dostatku, tracili wszystko. Wysyłano ich na Chersońszczyznę.
– A skąd pochodzi wasza rodzina?
– Spod Kałusza. Spod Kałusza jest moja rodzina, obwód iwanofrankiwski.
– A dlaczego was przesiedlili?
– Były groźby: albo więzienie, albo wysiedlenie pod zarzutem powiązań z UPA.
– Jak odnaleźli się tam, na Chersońszczyźnie?
– Kiedy przyjechali na Chersońszczyznę, nie było dla nich obiecanego mieszkania. Była goła ziemia, była jesień, i ludzie ze wszystkiego, co mieli, pomagali sobie nawzajem, budowali te domy, które były zaprojektowane… Oni nie mieli doświadczenia, te domy nie były dobrze zaprojektowane, były przekrzywione, z bardzo niskim dachem. Bardzo wiele osób wtedy chorowało, bo to była jesień, już zima, taki czas. Umierali na zapalenie płuc. Czyli ludzi tam wtedy… wie pani, oni to chyba mają we krwi — znęcać się, oszukiwać. Taka jest historia naszej rodziny.
Mimo to cenimy tę historię i staramy się ją przekazywać, opowiadać o niej, aby ludzie znali przeszłość, ogólny obraz tamtych czasów. To, co przeżyła nie tylko moja rodzina, ale tysiące ukraińskich rodzin. Bo nawet ludzi, których wysiedlano na południe Ukrainy… były też takie sytuacje, że na przykład do domów Ukraińców osiedlano Rosjan. A ci ludzie z Rosji byli tak ograniczeni w rozumieniu sytuacji, bo im tam opowiadano zupełnie co innego. Mówiono im po prostu: tam macie mieszkać, wszystko jest dla was przygotowane.
I znam historię jednej rodziny, która wprowadziła się do domu, a na kuchence stał jeszcze gorący czajnik z wodą. Oni odebrali to tak, jakby rosyjska władza tak o nich zadbała. Jakby przed nimi nikogo nie wysiedlono, jakby nikogo nie pozbawiono właśnie teraz domu, życia, rodziny. Po prostu — że to wszystko przygotowano specjalnie dla nich. I dlatego oni bardzo kochali Rosję i do dziś ją kochają, bo wierzą w to, co im tam opowiadają. Czasem nawet rozumieją, co naprawdę się dzieje, ale podoba im się, że to, co inni wypracowali ciężką pracą, im trafia się za darmo.
(-)
Informacja o śmierci emerytowanego nauczyciela, ukraińskiego działacza społecznego z Bajor Włodzimierza Hałaka.
(-)
Pożegnanie
11.01.2026 – godz. 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)
Dziś w audycji chcemy powrócić do magii świąt Bożego Narodzenia. Dlatego mamy relację z Konkursu Ukraińskich Kolęd i Szczedriwek w Srokowie oraz dwa osobiste wspomnienia o rodzinnym przeżywaniu świąt. Kolejni rozmówcy, to wolontariusze z naszego regionu, którzy nieustannie pomagają Ukrainie. Zawsze kiedy oddajemy im głos chcemy przypomnieć, że ich misja potrzebuje również naszego wsparcia.
/muzyka/
Idea konkursu w Srokowie zrodziła się z realnej potrzeby — w szkole uczą się dzieci z Ukrainy oraz przedstawiciele mniejszości ukraińskiej. Mówi przedstawicielka organizatorów, Daria Orynczak:
Ukraińskie pieśni, ukraińskie kolędy — to coś, co jednoczy.
Daje dobro, daje nadzieję, daje miłość. Chce nas gromadzić i dodaje nam sił, aby dalej istnieć, aby wiedzieć, kim jesteśmy. Bo kolędy to także głębokie dziedzictwo naszych rodziców, dziadków. I to, że podtrzymujemy zwyczaj naszej tradycji, daje nam właśnie siłę, ale też pokazuje nasze korzenie — skąd jesteśmy i co możemy zrobić.
Jeszcze przed występami zapytaliśmy młodych uczestników, z jakimi kolędami przyjechali na konkurs:
Nazywam się Julia, kolęda nazywa się „Nowa radość stała”.
Jegor Biłopolski. Z Ukrainy. Dzisiaj kolędujemy.
A o czym ona była?
O żołnierzach, którzy walczą.
Nazywam się Asia. Będę śpiewać kolędę „Nie płacz, Rachelo”.
Chcę zaśpiewać tę kolędę, ponieważ nie jest ona taka sama jak „Nowa radość stała” czy „Dobry wieczór”. Jest smutna. Pokazuje, że czas, kiedy narodził się Jezus Chrystus, był szczęśliwy, ale też był smutny dla Racheli.
/muzyka/
Daria Orynczak:
Występ Iwanki Łastiwki — bardzo trudno to opisać. To taka kolęda, która przemawia do serca, do duszy i pokazuje nie tylko ten zewnętrzny świat, tę radość, ale także pewną głębię. Że nie tylko przy Bożym Narodzeniu jest radość, ale jest też ból, smutek i nadzieja, że będzie lepiej — nadzieja w Bogu.
Romko Krywiak:
Jako ojciec wiadomo, że najpiękniejszy był występ mojej córki Gabrysi, ale inni też. Było fajnie, może były dwie–trzy osoby słabsze, ale warto było przyjechać do Srokowa, żeby to zobaczyć. Tym bardziej że dzieci mobilizują do dalszych występów.
W czym widzi Pan wartość takich wydarzeń jak to?
Warto angażować te dzieci, żeby podtrzymywały swoją kulturę, bo jeśli nie one, to kto? My już nie robimy takich występów dla starszych, ale młodzi — to jeszcze jest fajne.
Ja dążę do tego, żeby było tego jak najwięcej w naszej okolicy.
/muzyka/
Roksana Butrym-Lampart — etnograf w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie:
Myślę, że samo to, że one stoją tutaj na scenie, że mają odwagę, mają siłę, by stanąć same przed taką liczbą ludzi i zaśpiewać — to już jest bardzo trudne. A ocenianie ich i mówienie, kto lepszy, kto mniej ładnie zaśpiewał, jest naprawdę trudne.
Ocenialiśmy wiele rzeczy. I muszę powiedzieć, że dobrze, że było nas troje, bo każda z nas zwracała uwagę na coś innego.
Patrzyliśmy na to, jak dzieci czują się na scenie, czy mają kontakt z publicznością, czy go nie mają, czy są gdzieś zamknięte w sobie. Także na to, czy śpiewały czysto, czy z melodią, z rytmem — to też jest bardzo ważne. Ale są też takie rzeczy, które ogólnie na świecie nazywa się „energią” albo „feelingiem”.
To również bardzo ważne — jak te dzieci czują się na scenie. Czy swobodnie, czy jednak stres jeszcze trochę je zjada.
I myślę, że każde dziecko, które tutaj przed nami zaśpiewało, już wygrało. Wygrało ono, wygrali opiekunowie, rodzice, nauczyciele — wszyscy ci, którzy przygotowują dzieci i mówią im: „Masz siłę, możesz to zrobić”.
Konkurs pokazał też, że kultura ukraińska nie jest obca dla tych, którzy nie mają ukraińskich korzeni.
Laura Kozłowska:
Śpiewałam kolędę o dziewczynie, która urodziła syna. Mam kolegów z Ukrainy i oni w jednym konkursie śpiewali po ukraińsku. Też chciałam spróbować. Teraz lubię język ukraiński, chodzę na ukraiński. Spodobał mi się akcent i to, że mogę nauczyć się czegoś nowego.
Na przykład, gdy coś jest napisane po ukraińsku albo ktoś mówi, to mogę się porozumieć.
Kamila Pawlisowicz:
W zeszłym roku, jak wzięłam udział, to mi się spodobało i w tym roku też biorę. „Śpij, Jezuniu, śpij”. Kolęda była o tym, że była to kołysanka.
Naszym gościem jest dyrektorka ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim, Maria Olga Sycz, która podzieli się osobistymi wspomnieniami ze swojego dzieciństwa i opowie, jak wyglądały Boże Narodzenie i Wigilia w jej rodzinnym domu.
Rozmowę przeprowadziła Jarosława Chrunik.
Najczęściej, myśląc o świętach, wracamy myślami do dzieciństwa. Bo wtedy przygotowania do świąt nie były naszym problemem — troszczyli się o to rodzice, a my tylko czekaliśmy na to cudowne przeżycie, które przynosiły święta. Co tobie od razu przypomina się, kiedy myślisz o świętach?
Od razu przypomina mi się mój rodzinny dom i ta wyjątkowa atmosfera.
Ale dopiero w sam dzień Wigilii tata przynosił choinkę. Dopiero w Wigilię ubieraliśmy choinkę, przynosił snopek słomy, który stawiał w kącie, i dopiero wtedy zaczynano gotować potrawy, które jedliśmy. Ta świąteczna atmosfera naprawdę stawała się świąteczna, bo wcześniej był post. I bardzo mocno odczuwaliśmy ten post, ten czas oczekiwania.
Nie było wtedy jeszcze kolędowania. Panowała cisza aż do momentu narodzenia Jezusa. Dopiero wtedy łamaliśmy się opłatkiem i zaczynaliśmy kolędować. Wtedy czuliśmy, że naprawdę są już święta. My, moje siostry i ja, biegłyśmy w Wigilię do stodoły, bo mieszkaliśmy na wsi, a rodzice mieli gospodarstwo.
Biegłyśmy do stodoły, przynosiłyśmy polana i liczyłyśmy, czy jest parzyście czy nieparzyście, która z nas wyjdzie za mąż w tym roku. Każda brała po kilka polan, tyle, ile dała radę unieść, przynosiłyśmy je do domu i liczyłyśmy. Potem brałyśmy oczywiście buty i sprawdzałyśmy, czy któryś pierwszy wyjdzie za próg — ta miała wyjść za mąż.
Czy to się sprawdziło?
Chyba czasem tak, czasem nie. Dziś już nie pamiętam. Ale pamiętam, że w Wigilię tak właśnie robiłyśmy.
A nie myślisz, że rodzice wymyślali takie zabawy dla dzieci, żeby mieć spokój podczas przygotowań?
Raczej nie, bo to było już w czasie Wigilii, po kolacji. I była jeszcze jedna tradycja, której dziś już się nie praktykuje. Kiedy jedliśmy kutię, rzucało się ją pod sufit i sprawdzało, czy się przyklei.
Miała się przykleić do sufitu. To też pamiętam. A kiedy już zjedliśmy Wigilię, mama brała wszystkie nasze widelce i łyżki, wiązała je razem i zostawiała tak do rana, żeby rodzina trzymała się razem.
I chyba to przyniosło efekt, bo wszyscy trzymamy się razem jako rodzina, chociaż było nas dużo — dzieci i rodzice. Pomagamy sobie do dziś. Żeby w rodzinie nie było kłótni.
Takie tradycje pamiętam. To chyba jest też wspomnienie o rodzie. O naszych przodkach, którzy byli przed nami i trzymali się razem.
I teraz jest tak samo — trzymamy się razem. To jest więź z rodem. Tak, można śmiało powiedzieć, że to z tym się wiąże.
Mama zawsze tak robiła. Ja próbowałam już u siebie w domu, ale teraz mamy zmywarki i trudno te tradycje utrzymać.
A naczynia? Czy zostawały na stole do rana?
Tak, mama nie myła ich do rana, bo mówiło się, że przyjdą jeszcze nasi przodkowie, zmarli, i mogą się jeszcze poczęstować.
To, co zostało na stole, nawet talerze, mama wszystko zostawiała i dopiero rano sprzątała. My oczywiście pomagaliśmy, ale zawsze naczynia zostawały do następnego dnia. Pamiętam też, że prezenty pod choinką nie były takie jak teraz — że dziecko sobie wymarzy i to dostaje.
Cieszyliśmy się z tego, co było. Mama na świętego Mikołaja wkładała nam pod poduszkę jabłko, cukierek, pomarańczę — i to była wielka radość. A potem, z czasem, były też prezenty pod choinką. Do dziś pamiętam czapkę i szalik, które dostałam, i jak bardzo się z nich cieszyłam.
Pamiętam też gry planszowe, którymi bawiliśmy się w święta. Były takie geograficzne, kręcące się, i naprawdę dużo się z nich nauczyliśmy. Znałam na pamięć wszystkie miasta w Polsce, bo się je losowało — to była bardzo dydaktyczna gra.
Bardzo, bardzo się z tego cieszyliśmy. A smak świąt to był smak pomarańczy i oranżady, którą uwielbialiśmy. Tata kupował, a mama zawsze robiła w słoiku domowy napój. Bardzo to lubiliśmy. To były rzeczy, których dziś już się nie robi.
Mama robiła też „kryżałki”, czyli kiszoną kapustę z burakami — specjalnie na święta. To była taka inna potrawa, której dziś już się nie spotyka. Ale była bardzo smaczna i zdrowa.
A teraz mamy wspomnienie uczennicy ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim o świętach Bożego Narodzenia, z którą również rozmawiała Jarosława Chrunyk:
Nazywam się Anna, uczę się tutaj – nie wiem – chyba już pięć lat. Na co dzień mieszkam we Lwowie, ale urodziłam się w Nadwórnej, w obwodzie iwanofrankiwskim. To przepiękne miasteczko, które kocham całym sercem.
Właśnie tam spędzam Boże Narodzenie. W gronie rodziny – jest moja ciocia, mój wujek, wszyscy przyjeżdżamy, a mamy dość dużą rodzinę. Zasiadamy razem w jednym domu, jemy kolację, rozmawiamy, robimy zdjęcia i obdarowujemy się prezentami – właśnie na Boże Narodzenie, bo mieszkamy daleko od siebie, a to bardzo nas do siebie zbliża.
Jak się przygotowujecie, jak zaczynacie Wigilię?
Najczęściej zaczynamy od modlitwy, bo moja rodzina jest religijna, są chrześcijanami i to dla nas codzienność. U mnie rodzina jest bardzo muzykalna.
Ja gram na fortepianie, potrafię grać na fujarce, moja siostra gra na fujarce i brat też. Siadamy razem – trójka dzieci bierze fujarki, grają, a wszyscy razem śpiewamy. W naszej rodzinie wiele osób potrafi pięknie śpiewać.
Poza tym mój wujek śpiewa w chórze cerkiewnym – śpiewają naprawdę przepięknie, jest bardzo dużo pięknych kolęd. Wszyscy siadamy razem, śpiewamy i delektujemy się chwilą. Czasem przychodzą do nas także członkowie tego chóru i wtedy to Boże Narodzenie staje się jeszcze pełniejsze – to już nie tylko rodzina, ale też przyjaciele, i to jest jeszcze piękniejsze.
Kiedy zaczyna śpiewać prawdziwy chór, to jest jak bajka – naprawdę coś wspaniałego.
A czy masz jakieś wspomnienia, kiedy coś wyszło wyjątkowo dobrze albo przeciwnie – coś się nie udało?
Czasami bywa tak, że w naszej rodzinie jest bardzo dużo dzieci – nawet około dwunastu – i podczas świąt sporo rzeczy się tłucze. Ktoś przypadkiem chwyci kubek, coś spadnie. Jesteśmy niby w dobrych nastrojach, ale jednak trochę szkoda.
Najpiękniejsze jest to, że moja ciocia robi na Boże Narodzenie przepiękną choinkę. Ma duży salon, siadamy tam razem, świecą lampki, stoi piękna choinka, pod nią prezenty. Ja przywożę prezenty ze Lwowa, rodzina w Nadwórnej ma swoje – i tak wszyscy obdarowujemy się nawzajem.
Jeśli się nie mylę, to było w 2023 albo 2022 roku. Usiedliśmy razem i była to chyba jedna z najpiękniejszych kolacji wigilijnych – wszystko było bardzo serdeczne i przyjemne, a my wszyscy byliśmy szczęśliwi. To mógł być 2022 rok, bo wtedy jeszcze nie było wojny. Tak, tak.
To był chyba ostatni raz, kiedy mogliśmy wszyscy spotkać się razem – wszyscy byli w Ukrainie i nikt nie był zajęty, każdy mógł przyjechać.
Mówisz, że przywozicie prezenty – czyli w tym czasie Święty Mikołaj ma urlop?
Coś w tym stylu – po prostu w czasie Mikołajek nikt niestety nie ma czasu, żeby przyjechać. Mikołaj zostawia więc prezenty we Lwowie – dla nich i dla nas – i potem się nimi wymieniamy.
Czasami robimy też „tajemniczego Mikołaja”, to bardzo nas do siebie zbliża. Te niespodzianki są cudowne, zwłaszcza gdy się ich nie spodziewasz. Ja na przykład w 2022 roku w ogóle nie wiedziałam, że ktoś zrobi mi prezent.
Naprawdę nie wiedziałam. I to było bardzo miłe, bo dostałam piękną chustkę, idealnie pasującą kolorystycznie. Byłam bardzo szczęśliwa, bo ostatnio bardzo interesuję się kulturą ukraińską, naprawdę bardzo.
A chustka – właśnie tego mi brakowało. Mówiłam mamie: chcę iść kolędować, ale nie mam chustki. „Mamo, daj mi chustkę, chcę kolędować”. A ona na to: „Dobrze, zadzwonię do cioci, wyśle ci pocztą”. Byłam taka szczęśliwa, że w końcu mam piękną czerwoną chustkę.
Ciocia nie zdążyła, a Mikołaj był pierwszy. Chustka była naprawdę przepiękna. Jeśli się nie mylę, należała wcześniej do babci i została mi przekazana.
Tak, to było wspaniałe. Naprawdę bardzo się cieszyłam, że ją dostałam.
/
Od początku pełnoskalowej wojny aktywnie działa grupa wolontariuszy z Olsztyna, związana z miejscową parafią greckokatolicką. Do tego szerokiego grona ludzi o dobrym sercu, w tym także Polaków, należy Paweł Gerczak. O pracy swoich przyjaciół i własnej działalności mówił m.in. tak:
Wolontariat to taka sprawa, która działa trochę jak – można powiedzieć – narkotyk. Jak raz spróbujesz, to idzie dalej i już.
Co jest najtrudniejsze w całym tym procesie pomocy?
Rzeczy niemożliwe trzeba robić od razu, a na cud trzeba chwilę poczekać.
Tam potrzeba bardzo dużo towarów – jak zawsze, wszystkiego potrzeba. Szczególnie ważne jest też to, że oni myślą o nas i, na podstawie informacji stamtąd, wiedzą, że są tu ludzie, którzy są razem z obrońcami Ukrainy. Bo to nie chodzi tylko o to, że przywozi się rzeczy czy karetkę, która ratuje życie – choć to jest niesamowicie ważne – ale o relacje między zwykłymi ludźmi.
U nas nad głowami nie latają rakiety. Niestety, tam latają. Oni też chcą widzieć, że nie tylko Unia Europejska czy jacyś inni są za nimi, ale po prostu my – zwykli ludzie.
To jest, moim zdaniem, bardzo potrzebne i bardzo ważne. Wiesz, Wołodymyrze, ojciec Taras we Lwowie – tu nawet nie chodzi o wdzięczność, ale o to, że musimy tam być, rozmawiać z nimi na miejscu, bo oni mogą nam powiedzieć o wielu sprawach, a my przywozimy im nie tylko potrzebne rzeczy, ale też serce. Tych relacji jest bardzo dużo – nie tylko materialnych.
Zespół wolontariuszy, do którego należy Jurij Wielyczko, rozpoczął swoją działalność jeszcze w 2014 roku. Do dziś nie są zmęczeni pomaganiem. Jednocześnie – jak podkreśla Jurij Wielyczko – skuteczna i długotrwała pomoc nie jest możliwa bez szerokiego zaangażowania ludzi.
Jurij Wielyczko:
Wolontariusz bez ludzi jest nikim. Żeby wolontariusz mógł działać, potrzebny jest cały sztab ludzi. Trzeba zbierać pieniądze, trzeba ładować, trzeba zorganizować kolumnę, samochody.
Potrzebni są kierowcy, którzy z tym wszystkim pojadą. Trzeba to zawieźć, rozdać tam, gdzie trzeba. Trzeba wrócić i podziękować wszystkim, którzy dali.
Tak że wolontariat to bardzo, bardzo dużo pracy, wykonywanej przez wielu ludzi.
Do tej pory byłem tam 21 razy, z czego 16 razy bezpośrednio na linii frontu. Na początku dojeżdżaliśmy aż „do zera”, potem było coraz trudniej, a teraz latają drony, więc nie wiemy, jak daleko uda się dojechać, bo już nie wpuszczają.
Tam stoją chłopcy, którzy są na pozycjach przez cały czas. My przyjeżdżamy, wpadamy, rozładujemy i uciekamy. Czasem trzeba czekać, bo nie można przejechać przez punkt kontrolny albo skręcić – trzeba uważać.
Jeśli patrzymy na to, że my tylko ryzykujemy, to prawo do strachu mają ci, którzy tam siedzą cały czas i idą do ataku.
Ci, którzy byli zaangażowani, którzy dawali, zbierali – są nadal z nami.
Ci, którzy dalej się tym zajmują, nie są zmęczeni, dalej pomagają.
Nowych jest niewielu, a starych prawie nikt nie odpada. Jest stabilnie. Najprzyjemniejsze jest to, gdy mogę to dać tym, którzy chodzą w błocie, w brudzie, zmarznięci. Dać im suche buty, kuchenkę, świece okopowe.
Ich oczy wtedy po prostu świecą.
To jest najpiękniejszy moment – widzieć radość w oczach żołnierza. Cieszy się jak dziecko.
To ogromna satysfakcja. Wcześniej dojeżdżaliśmy bardzo daleko, na samą linię frontu.
Nie mieli nawet świec okopowych, żeby ogrzać ręce czy coś zrobić. Stawiali dziesięć słoiczków z nieprzetopionym woskiem i robili jedną świecę. Nikt tam nie dojeżdżał.
Kiedy dojechaliśmy, to była ogromna radość, że ktoś do nich dotarł. Dajemy im to do rąk – to jest radość. Bierze ten, komu najbardziej potrzeba.
Zaproszenia
W sobotę, 17 stycznia zapraszamy do Węgorzewa na Regionalny Przegląd Szopek, Kolęd i Szczedriwek. Wydarzenie organizują: Parafia Greckokatolicka Świętego Krzyża oraz Koło Związku Ukraińców w Polsce w Węgorzewie. Do udziału zaprasza się zespoły i wykonawców chcących zaprezentować swoją twórczość bożonarodzeniową. Zgłoszenia można przesyłać na adres e-mail: makadar@wp.pl lub telefonicznie pod numerem: 502 161 525.
Katedralna parafia Opieki Najświętszej Bogurodzicy w Olsztynie zaprasza studentów, młodzież i parafian na Parafialny Kurs Ikonopisania 2026, który odbędzie się od 26 stycznia do 1 lutego. Zakończenie kursu połączone będzie z poświęceniem ikon oraz wręczeniem certyfikatów. Szczegóły dostępne są na stronie parafii.
Organizatorzy zapraszają również na karnawałowy Bal Malanki w Kętrzynie, który odbędzie się 7 lutego. Zagra zespół Krajina, a gościem specjalnym będzie zespół Szarałary. W ramach wydarzenia odbędą się akcje wspierające Ukrainę. Szczegóły dostępne na stronie Facebook koła Związku Ukraińców w Polsce w Kętrzynie.
Pożegnanie
/muzyka/


























