Strona główna Radio Olsztyn
Posłuchaj
Pogoda
Olsztyn
DZIŚ: 11 °C pogoda dziś
JUTRO: 14 °C pogoda jutro
Logowanie  

Audycje w języku ukraińskim – maj 2026

Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!

Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 10.50 i 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.

Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.

03.05.2026 – godz. 20.30 – Magazyn (opis do dźwięku)

Dziś w audycji Jarosława Chrunik porozmawia z redaktorem Bohdan Tchórzem o tym, jak po akcji Wisła, która rozpoczęła się 28 kwietnia 1947, Ukraińcy w naszym regionie odbudowywali życie religijne i społeczne. Mamy też wspomnienia o katastrofie w Czarnobylu sprzed 40 lat i akcji pomocy dzieciom oraz relację z konkursu „Młodzi znawcy Ukrainy”. To wszystko już za chwilę w języku ukraińskim.

/muzyka/

Redaktor „Błahowista” Bohdan Tchórz, opowiadając o tym, jak Ukraińcy po deportacji w 1947 roku odbudowywali swoje życie w naszym regionie, dostrzega podobieństwa do polityki reżimów totalitarnych. Chodzi o celowe próby zniszczenia tożsamości i stworzenia podporządkowanego, zunifikowanego społeczeństwa:

Myślę, że warto jeszcze wspomnieć marzec 1946 roku, kiedy to we Lwowie, w pomieszczeniach soboru św. Jura (Świętego Jerzego Zwycięzcy), odbył się tzw. pseudosobór, na którym — zgodnie z wytycznymi Stalina — zatwierdzono likwidację Kościoła greckokatolickiego. Słowo „ukraiński” wtedy jeszcze nie funkcjonowało, była to po prostu cerkiew greckokatolicka. Określenie „ukraińska” pojawiło się dopiero w naszych czasach.

A więc mając już zniszczoną cerkiew, reżimy mogły również pozbyć się ludzi. I tak samo stało się w Polsce w latach 1946–1947. Dokładnie w kwietniu rozpoczęła się akcja „Wisła”, czyli przesiedlanie ludzi z południowo-wschodniej Polski — z okolic Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa i innych — na tzw. ziemie odzyskane.

Dlaczego? Ponieważ tam brakowało ludzi — niemiecka ludność Prus Wschodnich, obawiając się (i to realnie obawiając się) nadchodzącej Armii Czerwonej, uciekała. Wielu z nich zginęło w wodach Morza Bałtyckiego, wielu dotarło, wielu zostało zabitych po drodze.

Po nich pozostały puste miejsca, które trzeba było kimś zasiedlić. Zdecydowano, że będą to Ukraińcy. I dlatego pojawiliśmy się tutaj właśnie w kwietniu 1947 roku.

To był początek naszego istnienia na północnych i zachodnich ziemiach Polski, na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Trzeba było zacząć organizować życie.

Ale na początku nie można było praktycznie nic robić, bo tak zaplanowała władza komunistyczna — Ukraińców miało nie być. To była typowa polityka komunistyczna czy imperialna: budować społeczeństwa jednonarodowe, pod jednym kierownictwem, gdzie wszyscy mają słuchać narzuconej władzy.

W żadnym państwie nie ma jednolitej narodowo społeczności — to nie istnieje i nigdy nie istniało.

Ukraińców tu przywieziono — i co dalej z nimi zrobić?

Dopóki żył Stalin, do 1953 roku wszystko odbywało się w warunkach reżimu.

Dopiero od 1956 roku możemy mówić o pewnym złagodzeniu sytuacji — więźniowie wychodzili z więzień, ludzie zaczynali się przemieszczać, powoli zagospodarowywać ziemie.

Trzeba też wyraźnie podkreślić, że między majem 1945 roku (końcem II wojny światowej) a kwietniem 1947 roku minęły dwa lata, które władze przeznaczyły na „oczyszczanie” tych terenów. Ziemie te były rabowane — kiedy nasi ludzie przyjechali, trafili na pustynię. Jeśli stał dom, nie miał okien, drzwi, podłóg, często brakowało dachu, nie było wody.

Dopiero dziś Polacy zaczynają mówić o tym głośniej — że północne i zachodnie miasta były wyludnione, infrastruktura zniszczona, wywożono kanalizację, dachówki, cegły, burzono budynki — to było coś strasznego.

A my, Ukraińcy, tego doświadczyliśmy bezpośrednio. Jeśli ktoś przyjeżdżał i był wrzucany do domu przypominającego ruinę po działaniach wojennych, to jak miał tam żyć? Jak uprawiać ziemię, hodować zwierzęta? Nie było nic.

Trzeba było odnaleźć się od nowa.

/muzyka/

Ludzie powoli zaczęli się odnajdywać. Oczywiście pierwsze dziesięć lat po wojnie było dla nas stracone.

Dlatego dziś wiemy, że wielu ludzi odwróciło się od swojej wspólnoty. I skutki tego odczuwamy do dziś.

Dopiero od 1956 roku, w czasie tzw. „odwilży gomułkowskiej”, zaczęły się zmiany na lepsze. Ludzie zaczęli się ponownie organizować.

Mamy tu przed sobą fotografię — ślubną. Spójrz, jak wyglądają ci ludzie. Bardzo biednie, ale każdy stara się wyglądać przyzwoicie. Skromnie, ubogo, można powiedzieć „po staroświecku”. A jednak próbują zachować swoją tożsamość. Świadczą o tym choćby nasze charakterystyczne chusty.

Zobacz, że oni próbują się uśmiechać. Chcą budować nowe życie w miejscu przesiedlenia. Pierwsza trauma już minęła. Chcą żyć swoim życiem.

Wtedy nasza cerkiew jeszcze właściwie nie funkcjonowała, nawet w podziemiu.

Jest jednak zdjęcie ludzi spod Iławy. Jeśli chcieli się pobrać, brali ślub u księży rzymskokatolickich — tak jak moi rodzice.

Ale później wielu chciało również zawrzeć związek przed ukraińskim greckokatolickim duchownym. Informacje o takim księdzu — ojcu Myrosławie Ripeckim — rozchodziły się ustnie. Mówiono, że jest w Chrzanowie koło Ełku.

Ludzie jeździli do niego, żeby brać śluby, chrzcić dzieci.

Był to początek organizowania życia religijnego. Ojciec Ripecki był pierwszym takim duchownym na tych terenach.

Nie wolno mu było oficjalnie odprawiać liturgii w swoim obrządku. Trzeba oddać mu ogromny szacunek — w swoich zapiskach opisał wysiedlenie. Przywiózł ze sobą część majątku, księgi liturgiczne i ukraińską literaturę, którą udostępniał ludziom.

Mamy dokładne dane z jego notatek — został osiedlony we wsi Chrzanowo koło Ełku. Już 6 lipca odprawił pierwszą liturgię w zrujnowanym domu (dziś odrestaurowanym).

Na początku byli obecni tylko jego żona i diak. Z czasem coraz więcej ludzi dowiadywało się o nim. Inni przesiedleni duchowni również nawiązywali kontakt.

Pociągi były wtedy głównym środkiem komunikacji. Ludzie odnajdywali się nawzajem i przekazywali informacje dalej.

W ten sposób Chrzanowo zaczęło stawać się ważnym ośrodkiem, który jednoczył ukraińskich grekokatolików w Polsce.

/muzyka/

Po katastrofie czarnobylskiej, według oficjalnych danych, około 80% dzieci na Ukrainie miało problemy ze zdrowiem. W odpowiedzi na to Ukraińcy w Polsce zorganizowali akcję pomocy dzieciom Czarnobyla. Było to nie tylko wsparcie, ale także szansa na wypoczynek i poprawę zdrowia.

Tamte czasy wspomina wieloletni przewodniczący oddziału olsztyńskiego Związku Ukraińców w Polsce, Stefan Migus:

Wówczas, 40 lat temu, obywatele Polski — podobnie jak ponad cztery lata temu po totalnej agresji rosyjskiej — ruszyli z pomocą Ukraińcom. W pierwszej kolejności pomagano dzieciom.

Na Warmii i Mazurach leczenie oraz wypoczynek dla dzieci z obwodów kijowskiego, żytomierskiego, czernihowskiego, czerkaskiego i innych regionów organizowały struktury istniejącego wówczas Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego oraz Kościół.

Przez kilka lat na Warmię i Mazury — do takich miejscowości jak Dąbrówno, Lidzbark Warmiński, Kętrzyn, Węgorzewo, Banie Mazurskie, Olsztyn, Giżycko i okoliczne wsie — przyjeżdżały dzieci z terenów dotkniętych katastrofą czarnobylską. Było ich kilkaset.

Organizacją pobytu zajmowali się m.in. nieżyjący już Antin Staruch i Mirosław Maliniak, a także Roman Kluczkowski, Lidia Łojko, Wiktor Radio, Alina Kaczmar oraz dziesiątki innych zaangażowanych Ukraińców, a także Polaków. Ówczesną aktywność można porównać z tą, która ujawniła się po rosyjskiej agresji na Ukrainę 24 lutego 2022 roku. Pomoc dzieciom czarnobylskim trwała co najmniej kilkanaście lat.

Szczególnie konsekwentny w tych działaniach był m.in. mieszkaniec Bartoszyc, Mirosław Maliniak, wraz z rodziną i zorganizowaną grupą. Dobrze byłoby, aby ta aktywność trwała także dziś, gdy w naszej duchowej ojczyźnie nadal trwa wojna, rozpoczęta i kontynuowana przez Putina.

Swoimi wspomnieniami dzieli się także dyrektorka ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim, Maria Olga Sycz:

To było już dawno, ale bardzo dobrze pamiętam, że to nie były czasy mediów masowych ani internetu. Informacje dotarły do nas — do Polski, na Warmię i Mazury — z dużym opóźnieniem. Pamiętam natomiast moment, kiedy mój syn był jeszcze bardzo mały i po mieście jeździły samochody z megafonami, informując o tym, co się stało, i zachęcając do przyjęcia płynu Lugola.

Wiele osób nie wiedziało, co to jest, i tego nie zrobiło. Ja pamiętam, że oczywiście podałam go swojemu synowi i szczególnie dbałam o dzieci. Być może dzięki temu uniknęliśmy choroby.

Do dziś nie mam problemów z tarczycą, a takie konsekwencje mogły się pojawić. To był ogromny szok. Przez długi czas nie było wcześniej takich tragedii. Bardzo to przeżyliśmy — doskonale to pamiętam. Nie wolno było wychodzić z dziećmi na zewnątrz, trzeba było zostawać w domu. To były trudne chwile.

Jednocześnie rzeczywiście ruszyła pomoc dzieciom z Ukrainy. Organizowano akcje, dzieci przyjeżdżały tutaj, a my je przyjmowaliśmy i pomagaliśmy na tyle, na ile mogliśmy. Bardzo dobrze pamiętam ten czas.

Bardzo osobistą historią podzieliła się także moja redakcyjna koleżanka, Jarosława Chrunik. W tamtym czasie przebywała w Akademii Medycznej w Gdańsku. Jej córka była leczona na rzadki nowotwór — progonomę.

Choroba stanowiła poważne zagrożenie. Jak wspomina Jarosława, lekarze początkowo nie znali dokładnej przyczyny, ale nieoficjalnie przypuszczali, że rozwój guza mógł mieć związek z Czarnobylem:

Lekarz powiedział mi cicho, nieoficjalnie: „Proszę pani, nie wiemy, co to jest”. Kiedy przyszły wyniki, powiedział: „Mamy wynik, ale nadal nie wiemy, co to jest, bo nigdzie wcześniej czegoś takiego nie było”. A potem dodał: „Nie możemy wykluczyć, że to skutek Czarnobyla. Gdyby nie było wybuchu, być może nigdy by się to nie pojawiło”.

Powiedział też: „Oficjalnie tego nie powiemy, ale podejrzewamy, że to może mieć związek z tym wydarzeniem. Było tyle anomalii, że trudno w to uwierzyć”.

Dlatego Czarnobyl ma dla mnie bardzo osobisty wymiar. Jarosława dobrze pamięta również sam dzień wybuchu w elektrowni. Te wspomnienia także wiążą się z nieoficjalnymi ostrzeżeniami lekarzy.

Było wtedy bardzo ciepło. Siedziałam z dziećmi na dworze. Starsza córka bawiła się w piaskownicy, młodsza była w wózku — miała wtedy cztery miesiące.

Często, gdy dzieci chorowały, wzywaliśmy prywatnego lekarza. Tego dnia przyjechał do kogoś innego, zobaczył mnie, podszedł i powiedział: „Proszę pani, radzę zabrać dzieci do domu”.

Zdziwiłam się — była przecież piękna pogoda. A on powiedział: „Nie wiemy, jak to, co się stało, wpłynie na nas — zwłaszcza na dzieci — za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat”.

Zabrałam więc dzieci i wróciłam do domu. Oficjalnie nikt nie mówił, żeby nie wychodzić. Wszystko było pod kontrolą, jak w Związku Radzieckim. Podawano płyn Lugola — ale często było już za późno.

Powinno się go podać od razu. Dezinformacja była ogromna. A to, że dziś tak wiele osób ma problemy endokrynologiczne, jest ewidentnym skutkiem tamtego wybuchu.

Konkurs „Młodzi znawcy Ukrainy” odbył się już po raz czwarty w Szkole Podstawowej nr 2 w Olsztynie, gdzie działa punkt nauczania języka ukraińskiego. Już od pierwszych chwil czuć było mieszaninę emocji: podekscytowania, zainteresowania i ambicji. Uczniowie nie ukrywali swoich emocji:

Weronika:
Żeby nie było dat.
A co byś chciała?
O antonimach i synonimach. I takie bardzo ogólne.
A jaki nastrój?

Gabriela:
Trochę stresu mam, ale też bardzo mnie ten konkurs interesuje. I mam nadzieję, że pójdzie mi dobrze, tak jak moim przyjaciołom. Czuję się dobrze z pytaniami o Lesię Ukrainkę. Ale nie czuję się bardzo pewnie z pytaniami o Nikifora Krynickiego. To dla mnie i dla nas nowy temat. Ale myślę, że będzie dobrze.

Dlaczego bierzesz udział w tym konkursie?

Michał:
Chcę pójść do ukraińskiej szkoły w Górowie Iławeckim. Wiem, że ten konkurs może mi w tym pomóc.

Z tych tematów, które najbardziej ci pasują, które znasz, żeby był dobry wynik?

Lesia Ukrainka wydaje mi się.

Jak tam nastrój?

Liliana:
Wszystko dobrze.

Bojisz się czy nie?

Trochę.

A ty z jakim celem, dlaczego bierzesz udział w tym konkursie? Chcesz sobie coś udowodnić czy jak to jest? Żeby mieć ocenę szóstkę z języka ukraińskiego.

No i to dobra motywacja.

Słuchaj, jaki temat najbardziej ci pasuje, co znasz, że na pewno będzie tam dobrze?
Czarnobyl.
I?
Może Lesia Ukrainka.

Z „Młodymi znawcami Ukrainy” porozmawialiśmy także już po sprawdzeniu:

Jarema Bodnar:
Były wszystkie te zadania, z którymi wcześniej pracowaliśmy. Było o Lesi Ukraince, o Kijowskiej Akademii, o piosence „Oj, w łąku czerwona kalina” – tam były pytania: kiedy urodziła się Lesia Ukrainka? Albo jakie było jej prawdziwe imię? Chciałem zdobyć dwa dodatkowe punkty do egzaminu ósmoklasisty.

I jakie plany po ósmej klasie?

Nie wiem jeszcze. Do liceum pójdę na pewno, ale nie wiem czy w Górowie Iławeckim, czy w Olsztynie. Nie wiem.

Krupa Orest:
Dla mnie najtrudniejszym zadaniem było dopasowanie cytatów ptasich do tekstu Lesi Ukrainki. Najprostsze chyba było: kim byli Kobzarze? Były też tematy o ukraińskich Karpatach, ciekawe fakty. I nie pamiętam już, co jeszcze było.

Wy jeszcze macie dodatkowe atrakcje, gdzieś byliście, opowiedz nam o tym.

Byliśmy w zamku Kapituły Warmińskiej w Olsztynie, na warsztatach — zapisywaliśmy, co widzieliśmy, a potem sprawdzaliśmy to wszystko w grupie.

Anna Poniewozik:
Nie spodziewałam się, że wygram. Niektóre zadania były dla mnie trudne, ale jakoś się udało. A jak przygotowałaś się, co było najfajniejsze?

Czytanie map, które pani nam dała.

Można wygrać tak jak ty, ale też nie. A więc co wam daje udział w takich wydarzeniach?

Zabawę. Nie wiem jeszcze co, trudno powiedzieć.

Co mogłoby być w kolejnych konkursach jako tematy?

Może coś z geografii – może rzeki Ukrainy, coś takiego.

Z organizacyjnej strony o konkursie opowiedział nam nauczyciel Piotr Tabaka:

Co roku liczba uczestników wynosi około trzydziestu, więcej lub mniej. W tym roku mamy ich 28 z siedmiu punktów z Warmii i Mazur. Każdego roku dla dzieci przygotowana jest niespodzianka. W tym roku pójdziemy na warsztaty do zamku w Olsztynie. Tam będzie o Mikołaju Koperniku, o zamku olsztyńskim, o historii. Będzie tam coś ciekawego, co dzieci mogą zobaczyć. W tym roku odbywa się czwarta edycja naszego wojewódzkiego konkursu „Młodzi znawcy Ukrainy”. Od dwóch lat konkurs odbywa się pod honorowym patronatem Warmińsko-Mazurskiego Kuratora Oświaty, a także jest wliczany do konkursów kuratoryjnych. To znaczy, że dzieci, które zajmą miejsca od pierwszego do szóstego, otrzymują dodatkowe punkty.

Dla ósmoklasistów, oprócz punktów, konkurs ten liczy się do konkursów kuratoryjnych, które mogą później być pomocne przy przyjęciu do szkoły średniej.

W zespole organizacyjnym jest również nauczycielka Sylwia Pietnoczko:

Dla ciebie, jako organizatora, to wydarzenie jest sprawdzianem wiedzy tych młodych ludzi czy czymś więcej?

To nie tylko sprawdzian wiedzy, to bardzo głęboka, mogę powiedzieć, refleksja nad tym, że my, nauczyciele, rzeczywiście uczymy tych dzieci języka ukraińskiego.

One przychodzą tutaj na zajęcia, a nie tylko na swoje lekcje, ale jednak ta wiedza zostaje w ich sercu, zostaje miłość do wszystkiego, co rodzime. I ten konkurs właśnie pokazuje nam, że sens naszej pracy jest bardzo duży. Myślę, że dzieci wiele wynoszą z lekcji, czasami mówią nam, że nic nie pamiętają, nic nie umieją, ale jednak umieją, pamiętają i zawsze będą pamiętać.

Kolejnym organizacyjnym motorem tej wydarzenia jest Mirosława Czetyrba-Piszczako:

Najważniejsze jest to, że wszystko przebiegło z sukcesem, że wszystko, co sobie zaplanowałam, udało mi się zrealizować. Mam nadzieję, że uczniowie i nauczyciele wyjeżdżają z Olsztyna zadowoleni, że będą refleksje, że będzie wsparcie, mam nadzieję, że będzie wsparcie naszego konkursu, bo myślę, że warto to kontynuować.

Dzisiejszy uczeń pracuje, chce mieć wyniki, ale chce też być doceniony i chce, żeby to wpływało na jego proces edukacyjny, żeby były z tego punkty. Dlatego zdecydowaliśmy się zostawić tę formułę konkursu. Ja też, gdy z nimi rozmawiam, zawsze robimy taką lekcję refleksji po zajęciach.

I kiedy rozmawiamy o ich odczuciach, mówią mi, że to, czego nauczyli się przed konkursem, bardzo dobrze zapamiętują. Uważam, że bardzo dużo nauczyli się w tym roku. Sama przygotowanie do konkursu to taki trochę maraton, bo jest wiele tematów, różnorodnych, ale szczególnie ci, którzy zdobywają miejsca, są bardzo zadowoleni.

Swoimi refleksjami podzieliła się również przewodnicząca jury, dyrektorka ukraińskiej szkoły w Bartoszycach Lubomira Tchórz:

Wszystkie dzieci, które tu przyjechały, już są zwycięzcami. Ponieważ materiał, tematyka, która była zaprezentowana zarówno dla młodszych dzieci z klas 4–6, jak i dla starszych z klas 7–8, była bardzo szeroka i różnorodna. I oczywiście koncentrowała się nie tylko na ciekawych informacjach i tematach związanych z Ukrainą, ale także dotyczyła naszego życia tutaj, w Polsce.

Najważniejsze jest to, że te dzieci wiedzą znacznie więcej niż inni, ponieważ przygotowywały się dodatkowo, wykraczając poza program nauczania i poszerzając swoją wiedzę.

Pożegnanie

/muzyka/

 

Przeczytaj poprzedni wpis:
Pierwsza edycja RękodziELnika. Święto lokalnych twórców w Elblągu

Lokalni rzemieślnicy i artyści spotkali się w Kamieniczkach Elbląskich podczas pierwszej edycji RękodziELnika. Kiermasz zgromadził twórców biżuterii, ceramiki i wyrobów naturalnych. Odwiedzający mogą nie tylko kupić...

Zamknij
RadioOlsztynTV