Strona główna Radio Olsztyn
Posłuchaj
Pogoda
Olsztyn
DZIŚ: -6 °C pogoda dziś
JUTRO: -2 °C pogoda jutro
Logowanie  

Audycje w języku ukraińskim – luty 2026

Fot. G. Spodarek

Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!

Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 10.50 i 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.

Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.

08.02.2026 – godz. 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)

Dziś w audycji porozmawiamy o pomocy i ludziach, którzy ją niosą. Będzie o wsparciu dla rodziny z Asun, która po ubiegłorocznym pożarze straciła dom. Zajrzymy też do Olsztyna, gdzie podczas wyjątkowego spotkania wojskowy kapelan ze Lwowa, ojciec Taras Mychalczuk, podziękował wolontariuszom za ich stałe zaangażowanie na rzecz Ukrainy.

/muzyka/

W grudniu ubiegłego roku w eparchii olsztyńsko-gdańskiej UKGK zebrano pieniądze na remont domu 87-letniej pani Darii Jankiw z Asun oraz jej synów. Podczas pożaru spłonęło poddasze, a resztę domu zalała woda. Pani Daria nie chce się przeprowadzać i marzy o powrocie do swojego domu.

Chociaż zbiórka pieniędzy już się zakończyła, każdy nadal może pomóc tej rodzinie. Mówi o tym biskup Arkadiusz Trochanowski:

Informacja o tym, co stało się w Asunach z naszą rodziną, której spłonął dom, dotarła do mnie przez ojca Dmytra Harasyma.

I z tego, co wiem – po pierwsze parafia przyszła z pomocą. A potem ojciec Dmytro zwrócił się do mnie z pytaniem, czy my, jako eparchia, możemy pomóc. I ja na to odpowiedziałem, powiedziałem ojcu, żeby zebrał informacje.

Najpierw dowiedziałem się, na co i ile dokładnie potrzeba pieniędzy, żebyśmy mogli się odpowiednio przygotować i przeznaczyć je na coś konkretnego. I rzeczywiście, poczekaliśmy i okazało się, że potrzebne są pieniądze na remont dachu. Dlatego na ogólnoeparchialnym spotkaniu omówiłem tę sprawę z radą konsultorów.

Po takim ogólnym zaakceptowaniu postanowiłem, że w grudniu odbędzie się ogólnoeparchialna zbiórka w naszych parafiach. I to, co zbierzemy do końca grudnia, przeznaczymy dla rodziny z Asun. Oczywiście, jeśli ktoś chce, może przekazać tę pomoc bezpośrednio.

Ponieważ pomoc ta jest przekazywana przez Caritas naszej eparchii. I kto ma taką wolę, może wpłacać pieniądze na konto Caritas eparchii olsztyńsko-gdańskiej, z dopiskiem, że jest to dla rodziny z Asun.

Obecnie pani Daria mieszka w wynajętym mieszkaniu w sąsiednich Mołtajnach. Tak wspomina ten smutny dzień:

To było w czerwcu, kiedy były wybory.

Przyszłam, byłam w domu, szykowałam się do kościoła. Wszystko było ubrane. A Mirek, syn, przyszedł.

„Uciekaj z chałupy! Uciekaj z chałupy!” A ja nie wiedziałam, co się dzieje. Stałam w kuchni. A on znowu: „Uciekaj z chałupy! Uciekaj z chałupy!” Wyszłam w drzwi – już wszystko było zajęte.

Usiadłam, a tam już dym. Już słowa nie powiedziałam. Tak mnie zatkało.

Potem przyszli ludzie, przyjechała straż. Zaczęli wynosić, a ja stałam. A Mirek usiadł, nic się nie ruszył.

Przyjechała policja, pytali mnie. Nic nie mówiłam. Ani ja nic nie mówiłam, ani on nic nie mówił.

I tak siedział. Mówię, czy on już nie będzie rozmawiała, czy co.

Tylko o córkę i wnuczkę pytał. I zaczęli ludzie wszystko wynosić, wszystko zalane. Wszystko – woda zalała, wszystko wynieśli, wywieźli.

I siedzę – meble, segmenty, wersalki – wszystko, nie ma nic, w domu nic nie ma.

Część prac udało się już wykonać, ale pełny remont i powrót do rodzinnego domu wciąż wymagają czasu:

Zalało tam, przykryli folią, żeby deszcz nie padał.

A tam wszystko zalane, wszystko w domu. To tak – piec trzeba wyrzucić, bojler jest, dziura się zrobiła. Drzwi, płyta, – wszystko się tak powyginało.

Tak to wszystko. A co miałam pieniędzy, to miałam trochę, i ona trochę zebrała od ludzi. No i wszystko poszło, wszystkie pieniądze poszły.

Na wszystko mama papiery, faktury. Oni bardzo drogo biorą, ci robotnicy. Będę do nich dzwoniła, jeśli nie uda się znaleźć jakichś trochę tańszych.

Dzwonili do niej, że ma pieniądze, że tam ksiądz zbierał, ten biskup. I z kościoła. I tak, czekamy na to wszystko.

No to tam jeszcze w środku będą robić. No wie pan, jak oni tam z podłogą – może cementem będą zalewać. Bo tam trzeba jeszcze tę deskę wyrwać.

Podłoga poszła. No i dookoła cementem trzeba, to chyba tak. A ja tam tylko mieszkałam.

Jak chce, tam. Ja nigdzie indziej nie chcę. Tu strasznie źle się czuję.

Po tych schodach chodzić. To nie dla mnie. To nie dla mnie.

Ja tam na swoje. Niech ja rok pożyję, czy pół roku, ale na swoje.

Oj, Boże, gdzie ja się spodziewałam czegoś takiego. Panie.

Pani Daria jest pełna energii, ale jej życie – tak jak tysięcy Ukraińców deportowanych w akcji „Wisła” – nie było proste.

Ja z miejscowości Aksmanice. Przyjechaliśmy tu bez taty.

Tatę zabrali do Niemiec. Potem tata przyjechał na urlop i chciał już nie jechać, ale jeszcze się bał. Tam jednego naszego wujka zabili, rosjanie.

A tata mówi: jak ja się jeszcze będę ukrywał, to przyjdą i mnie zabiją. I przyszedł do kuchni. Mariana, brata, pogłaskał po głowie.

I mnie, nas wszystkich. Dzieci mówi: nie płaczcie, ja do was wrócę. Ale nie wrócił.

Potem tata zadzwonił, że chciał przyjechać. A mama mówi: gdzie młode lata, to i tam skończ życie. A my musieliśmy, jak przyjechaliśmy…

Rano od trzeciej do szóstej musieliśmy iść do PGR-u. Buraki robić, wszystko robić. Bo trzeba było zarobić.

Nie było mężczyzny, my mali. I dali nam 10 hektarów, ale pieniędzy nikomu nie dawali. I mama zasadziła cały hektar buraków cukrowych, bo trzeba było jakiegoś grosza.

A potem co – było wojsko w Asunach. I ktoś dał znać, że jest tu kobieta, wdowa, ma dzieci. I przyszedł ten starszy, ten porucznik.

I mówi: czy nie zgodziłaby się pani gotować dla nas obiady? Mama mówi: no, mama jeszcze młoda była. Mówi: nie wiem czy dam radę. On – ale da pani radę. I mówił – jak będzie pani gotować, żeby pani nie gotowała tylko dla nas, ale też dla swoich dzieci. Żeby starczyło.

Żeby głodni nie byli. Bo pani będzie cały dzień gotować nam, a dzieci będą same. No i potem mama na przykład z wojskiem była trochę w szkole w Asunach.

My pomagaliśmy. Takie było nasze życie.

Pani Daria od lat opiekuje się cerkwią w Asunach.

Ceni także pracę innych, którzy rozumieją, że świątynia jest centrum nie tylko życia duchowego, ale i społecznego miejscowych Ukraińców.

24 lata jestem w cerkwi. Nikogo nie obraziłam.

Nikogo. Cały czas pracowałam. Posprzątałam, podziękowałam im.

Pani Aliny. Mąż – Boże. Ja tylko raz powiedziałam, że trzeba przywieźć.

Trzeba to – i wszystko przyjeżdżało. Kiedy trzeba było, Boże, czy dzień, czy noc – on wszystko wysłuchał, zrobił.

Naprawdę. Taki dobry człowiek był. I cerkiew posprzątał, i zrobił, i choinki.

Naprawdę, do niego nie trzeba było mówić pięć razy. Od razu. Tak Bóg – szybko go zabrał stąd. Taki dobry człowiek był. Już parę razy chciałam odejść. Mówiłam to do księdza Igora. A on – nie, ja pani nie zwolnię – bo pani pogada, ja mam z kim pogadać.

Nie mamy żadnych plotek, nie mamy nic. I tak – było cicho, spokojnie.

Pierwszy był o. Boziuk. U niego też, przy plebanii też, gotowałam, prałam z cerkwi. Wszystkie haftowane obrusy – ja. Woda była tam koło szkoły.

Studnia. I ja stamtąd wodę nosiłam. Taka pompa.

No stamtąd.

Potem był o. Czerneha. Przywiózł swoją mamę. Znowu przyszedł mnie prosić.

Znowu chodziłam, gotowałam. Parę lat gotowałam. A potem do cerkwi.

Nie wiem, z jakiego powodu znalazłam się w cerkwi. Czy ksiądz prosił, czy co. Dwadzieścia cztery lata.

Tyle lat. I mnie nikt, ja nikogo nie obraziłam. Naprawdę, nikogo.

I po Asunach, czy po okolicy. Jak była ta choroba. No, tak myślałam.

Pieniądze. Ksiądz nie będzie chodził po kolegach. Trzeba było jakoś ludziom mówić.

Mówię: ja będę chodziła prosić ludzi, żeby dali do cerkwi, na światło. Ale najpierw poszłam do Igora, do proboszcza. Mówię: więc tak i tak.

Ale słuchajcie, pójdziecie – ludzie będą na was źli. Mówią, że pójdę. On mówi: dobrze. I chodziłam wszędzie. I dawali ludzie. Sto złotych dawali.

Wszyscy ludzie. Nikt słowa nie powiedział, że nie damy.

Wszyscy. Naprawdę. I zbieraliśmy.

Potem on przyszedł do cerkwi i mówi – pani Darko, dziękuję pani, że pani to zrobiła. I nikt nie był zły. Wszyscy dawali.

W Olsztynie odbyło się wyjątkowe spotkanie, podczas którego wojskowy kapelan ze Lwowa, ojciec Taras Mychalczuk, wręczył lokalnym wolontariuszom wyróżnienia za stałą pomoc Ukrainie. Dziś proponujemy Państwu rozmowy z osobami, które brały udział w tym wydarzeniu.

Nasze rozmowy podczas wręczania nagród wolontariuszom to głos ludzi, którzy się nie męczą i zawsze chcą być blisko tych, którzy najbardziej potrzebują wsparcia. Wśród nich jest Stefan Melnyk, który około czterdziestu razy przyjeżdżał do Ukrainy z konwojami humanitarnymi. Jak podkreśla, w tej działalności najcenniejsze jest zaufanie między tymi, którzy pomagają:

Stefan Melnyk:
Jestem bardzo zadowolony, że ojciec Taras Mychalczuk, który współpracuje z nami od samego początku, przyjechał do Olsztyna, aby podziękować za wszystkie dary, które zawieźliśmy do Ukrainy i przekazaliśmy medykom, strażakom oraz szpitalom. To wszystko było właśnie przez niego koordynowane. On to wszystko magazynuje i rozdziela tym ludziom, którzy najbardziej tego potrzebują. Bardzo się cieszę, że w końcu nadszedł dzień, kiedy mógł do nas przyjechać. To bardzo otwarty i bardzo odpowiedzialny człowiek, który stale pomaga także wojsku. Co tydzień jeździ na front do chłopaków. Wie, jakie są potrzeby i jakie problemy panują na froncie. Jako kapelan wojskowy nie może mówić wszystkiego, ale to, co do nas dociera, bardzo pomaga nam w organizowaniu zbiórek. Dzięki temu wiemy, czego potrzebują żołnierze na froncie oraz medycy.

— Przypomnij nam, jak doszło do waszej współpracy z ojcem?

— To było tak po prostu, rodzinnie — rodzina znała rodzinę. Szukaliśmy konkretnych kontaktów z Ukrainą i obawialiśmy się, żeby nasza pomoc nie została źle wykorzystana. W ten sposób dołączyliśmy do kapelańskiej parafii świętych Piotra i Pawła we Lwowie. Tak to się zaczęło — niemal od samego początku — i działamy do dziś.

Przedstawiciel strony ukraińskiej wyjaśnia, dlaczego przyjazd do Olsztyna był dla nich czymś znacznie więcej niż tylko kurtuazyjną wizytą. Dzieli się także gorzką oceną tego, jak przeciąganie decyzji na Zachodzie wpływa na los Ukrainy i całego regionu:

Wołodymyr Moroz:
Chciałbym bardzo podziękować za zaproszenie i za to, że naprawdę było dla nas ważne przyjechać do Państwa, podziękować wspólnocie Olsztyna, która stale i regularnie przekazuje pomoc naszym żołnierzom, naszym dzieciom-sierotom oraz osobom przesiedlonym. To odbywa się systematycznie. Naszym obowiązkiem jest przyjechać z wdzięcznością, z podziękowaniami i z odznaczeniami, aby wyróżnić tych, których znamy i którzy najbardziej, najczęściej i najregularniej niosą nam pomoc.

— Mam jednak wrażenie, że to wdzięczność powinna płynąć raczej stale od nas do was, bo to wy tam stoicie?

— Naszym obowiązkiem jest bronić naszego kraju. Nie mamy drogi odwrotu, musimy to robić. Ukraina jest strefą buforową, która chroni Europę przed naszymi nieadekwatnymi sąsiadami z Moskwy.

— Jak dziś społeczeństwo ukraińskie odbiera to wszystko, co dzieje się – lub nie dzieje – na świecie w kontekście osiągnięcia pokoju? Ciągłe spotkania, ciągłe negocjacje, a każdy rok wygląda tak samo, bez kluczowych decyzji?

— Oczywiście wszyscy są już zmęczeni słuchaniem tych opowieści. To ciągłe przeciąganie procesu, opóźnianie decyzji — wszyscy są oburzeni i zaniepokojeni. Niby chcą pomagać, ale w rzeczywistości trzeba to robić szybko i zdecydowanie. Pożar trzeba gasić od razu, kiedy się zaczyna, bo kiedy się rozprzestrzeni, jest już za późno albo bardzo trudno go ugasić. Tak samo należało postąpić z wojną. Wtedy, gdy Putin i Moskwa nie mieli jeszcze siły i nie byli gotowi — gdy chcieli zdobyć Ukrainę w trzy dni, co im się nie udało — należało działać natychmiast. Wtedy już dawno byłby pozytywny rezultat. Teraz oczywiście nabrali siły, współpracują z Chinami i dlatego jest to trudniejsze. Ale trzeba działać teraz, bo następna będzie Europa. Następna będzie Europa — to jest sto procent. Jeśli Europa jeszcze tego nie rozumie, to niech się spodziewa takiej sytuacji także u siebie. Oni mają plany zajęcia krajów bałtyckich, Polski i innych. To może dotknąć również was. Oczywiście nikt by tego nie chciał, ale przy takiej sytuacji, przy takim przeciąganiu wojny i pomocy, wszystko jest możliwe.

Od pierwszych dni wojny do pomocy na granicy oraz udziału w konwojach do Ukrainy włączył się również Marcin Nadolski:
/wypowiedź PL/

Z kolei Marek Borowski, prezes Banku Żywności, wyjaśnia, jak zmieniało się podejście do pomocy i dlaczego dziś ważniejsze są konkretne potrzeby niż wielkie transporty.
/wypowiedź PL/

Swoimi refleksjami podzielił się także kolejny wolontariusz oraz wiceprezes Olsztyńskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce, Andrzej Faranczuk. W jego ocenie Olsztyn to miasto, w którym polsko-ukraińska solidarność i pomoc stały się czymś naturalnym.

Andrzej Faranczuk:
Trudno nawet powiedzieć, kiedy był ten pierwszy impuls. Po prostu była potrzeba — trzeba było coś zawieźć, trzeba było użyczyć samochodu. Człowiek się nad tym nie zastanawiał. To była potrzeba chwili, po prostu tak trzeba było zrobić. Olsztyn to miasto wyjątkowe. Nie ma tu podziału na Polaków i Ukraińców. Jest po prostu jedna idea — pomagamy. Ta liczba różnych konwojów i kierunków pomocy w Olsztynie jest naprawdę bardzo, bardzo duża. Jest Olsztyński Konwój Humanitarny, są osoby prywatne, które pomagają w mniejszych grupach. Jest grupa prokuratorów, która stale — wspólnie z olsztyńskimi szpitalami — pomaga szpitalom w Ukrainie. Myślę, że nikt nawet nie próbował stworzyć listy wszystkich pomagających w Olsztynie. I chyba trochę od tego uciekamy, żeby nie popaść w pychę, że jest nas tak wielu. Ten skromny stosunek do tej pracy jest chyba najbardziej charakterystyczny dla tej chwili. Myślę też, że warto byłoby kiedyś zorganizować spotkanie wszystkich wolontariuszy.
Pożegnanie
/muzyka/

 

Przeczytaj poprzedni wpis:
2026 Rokiem Iławskich Harcerzy

W 2026 roku przypada 110. rocznica Zjazdu Zjednoczeniowego, który w 1916 roku w Warszawie zapoczątkował historię Związku Harcerstwa Polskiego. Między innymi z tej okazji iławscy radni...

Zamknij
RadioOlsztynTV