Audycje w języku ukraińskim – wrzesień 2026
Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!
Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.
Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.
- 30.09.2026 – godz. 18.10
- 29.09.2026 – godz. 18.10
- 28.09.2026 – godz. 18.10
- 27.09.2026 – godz. 20.30
- 25.09.2026 – godz. 18.10
- 24.09.2026 – godz. 18.10
- 23.09.2026 – godz. 18.10
- 22.09.2026 – godz. 18.10
- 21.09.2026 – godz. 18.10
- 20.09.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 18.09.2026 – godz. 18.10
- 17.09.2026 – godz. 18.10
- 16.09.2026 – godz. 18.10
- 15.09.2026 – godz. 18.10
- 14.09.2026 – godz. 18.10
- 13.09.2026 – godz. – 20.30 – magazyn
- 10.09.2026 – godz. 18.10
- 09.09.2026 – godz. 18.10
- 08.09.2026 – godz. 18.10
- 07.09.2026 – godz. 18.10
- 06.09.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 04.09.2026 – godz. 18.10
- 03.09.2026 – godz. 18.10
- 02.09.2026 – godz. 18.10
- 01.09.2026 – godz. 18.10
27.09.2026 – godz. 20.30 (opis do dźwięku)
Mamy dla Państwa rozmowę z członkami zespołu „Wyszywanka” ze Słupska, nagraną podczas Święta Urodzaju w Pieniężnie. Warto dodać, że część zespołu pochodzi z naszego regionu. To opowieść o tym, jak wspólne śpiewanie łączy potomków osób wysiedlonych w ramach Akcji „Wisła” i obywateli Ukrainy. Przypomina też, że po wysiedleniach to właśnie amatorskie chóry, teatry i zespoły pomagały naszej społeczności odbudowywać życie kulturalne, przyjaźnie i poczucie wspólnoty. Być może ta historia będzie inspiracją do tworzenia podobnych inicjatyw także dziś.
A na zakończenie audycji przewodniczący Mazurskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce Jan Pik zaprosi Państwa na jubileuszowe koncerty muzyki cerkiewnej w Giżycku i innych miejscowościach regionu.
/muzyka/
O początkach zespołu Wyszywanka jako pierwsza mówi jego kierowniczka Mirosława Bułka-Maksysko:
Na początku było tak, że kiedy przeprowadziłam się do Słupska, Paweł już od kilku lat namawiał mnie, że jest potencjał, że są ludzie, którzy chcą śpiewać i tak dalej. Ja jestem nauczona tego, czym jest zespół i jak trzeba pracować. Nie myślałam, że to się uda, ale zaczął się COVID, zaczęła się pandemia. I kiedy zamknęli nas w domach, zaczęło nam brakować tego śpiewania, które wcześniej było na Małankach, na różnych spotkaniach. I tak po prostu zaczęliśmy nawzajem się zachęcać: chodźcie, pośpiewajmy sobie.
I myślałam, że to potrwa pół roku, ale na szczęście tak się nie stało. Trwa już piąty rok, mamy stałe próby, tak że idziemy do przodu.
Rozumiem, że to ty byłeś w pewnym sensie siłą napędową, ale wyjaśnij, dlaczego tak bardzo ci na tym zależało?
Paweł Hrybyk:
U nas w Słupsku zawsze, mówię „u nas”, bo ja także przyjechałem do Słupska, nie jestem słupszczaninem, przyjechałem z Pieniężna.
Zawsze byli utalentowani ludzie, którym zależało, żeby gdzieś tę kulturę podtrzymywać. Mamy pięknie śpiewający chór, w dużej części naszego składu są chórzyści, ludzie, którzy śpiewają w chórze cerkiewnym.
Ale naszą pierwszą próbą była próba wtedy, kiedy miasto Słupsk chciało zorganizować Dni Kultury Ukraińskiej. Zwróciło się do społeczności: pomóżcie nam znaleźć ukraińskie zespoły. Nie chcieli nas włączyć do organizacji, tylko po prostu miejski ośrodek kultury organizował przegląd kultury ukraińskiej.
I zrobiliśmy takie spotkanie: dlaczego my także nie możemy pokazać naszego tutejszego zespołu? Że umiemy śpiewać, że u nas też są ludzie, którzy mają talent. I od tego zaczęła się pierwsza próba.
Pierwszą próbę zrobiliśmy pod cerkwią, później był pierwszy występ dla naszej społeczności. Potem był występ w Bytowie, to była „Wyszywanka na Majdanie”, wtedy tak to się nazywało. To jakby zastąpiło naszą Watrę, która tam przez cały czas się odbywała.
I tak to ruszyło i trwa do dziś. Takie były początki. Przy tym powiem, że ten koncert, który daliśmy w Słupsku, przyniósł też naszemu zespołowi jakieś pieniądze.
To nie było tak, że zrobiliśmy coś dobrego tylko dla siebie, ale także zarobiliśmy pieniądze dla naszej społeczności w Słupsku. Bo oczywiście był tam jakiś budżet, występowały zespoły z Ukrainy, występowały jakieś polskie zespoły z ukraińską piosenką. I my też jako zespół zarobiliśmy na tym pieniądze, które są nam potrzebne.
W naszej społeczności w ogóle jest teraz problem, żeby znaleźć jakieś pieniądze, napisać jakiś projekt. Takie były początki. A trwa, tak jak powiedziała Mirosława, już pięć lat.
Myślę, że z sukcesem.
No, to teraz znowu podobne pytanie. Skąd ta potrzeba, żeby dołączyć do zespołu i śpiewać?
Ola Melnyk:
To jest bardzo ważne dla nas. Tak, chcę dodać, że nie jestem ze Słupska, nie jestem potomkinią Akcji „Wisła”, tylko przyjechałam z Ukrainy. I jakoś tak przypadkiem-nieprzypadkiem trafiłam do „Wyszywanki”.
To jest bardzo ważne dla ludzi, którzy przyjeżdżają z Ukrainy, żeby tak się włączać i kontynuować naszą kulturę, podtrzymywać ją. Bo obczyzna jest obczyzną. I to jest takie odstresowanie od codzienności, od naszej zwykłej pracy, od problemów.
Tutaj nabierasz inspiracji, cały czas pamiętasz o sobie, skąd jesteś. Bo „Wyszywanka” to są pieśni ludowe i zawsze pamiętamy, spotykamy się i pamiętamy, skąd jesteśmy. I jeszcze chcę dodać od siebie, że przez te pięć lat „Wyszywanka” cały czas się rozwija i doskonali, bo doszła na przykład bandura.
To jest tradycja, bo śpiewają tutaj małżeństwa, ich dzieci. Na początku założycielami byli potomkowie Ukraińców z Akcji „Wisła”, a z czasem dołączyły też dziewczyny z Ukrainy. I tak razem się spotykamy, bo łączy nas miłość do pieśni ludowej, miłość do ojczyzny.
Może właśnie jesteście przykładem tego, że kultura i muzyka mogą być tą wspólną płaszczyzną. Bo bardzo często jest tak, że słyszymy, pewnie wy też, że te nasze społeczności, czyli ludzie z Ukrainy, którzy przyjechali w różnym czasie, i nasi miejscowi, nie zawsze się dogadują, że każda z tych społeczności ma jakieś inne potrzeby. A kultura i muzyka to jest nasza wspólna płaszczyzna, która po prostu łączy nas w jedną całość?
Paweł Hrybyk:
Trzeba znaleźć to, czego szuka ta druga strona, która przyjechała z Ukrainy. Dla nas śpiewanie ukraińskich pieśni ludowych to coś, czego nauczyli nas rodzice i dziadkowie.
I teraz, jeśli ktoś przyjechał z Ukrainy i ma takie same odczucia jak my, to znajdzie do nas drogę. I tak mamy cztery dziewczyny z Ukrainy.
Same do nas przyszły i chciały śpiewać. Ale są też takie, jak wiemy, którym nie po drodze. Nie wiem, dlaczego tak jest. Czy to kwestia tego, że jesteśmy trochę inaczej wychowani tutaj, w Polsce.
Oni też są inni na Ukrainie. Byliśmy nawet teraz z Mirosławą na takim spotkaniu, gdzie padły wobec nas takie zarzuty, że nas nie widać.
Trochę nas to oburzyło. Ja, jako student, też wyjeżdżałem za granicę do pracy. I pierwszą rzeczą, kiedy przyjeżdżasz do obcego kraju, jest znalezienie ukraińskiej diaspory. Gdzie znajdujesz tę diasporę? Albo przy cerkwi, albo przy jakiejś organizacji.
A tutaj od razu pojawił się taki zarzut, że was nie widać. My jesteśmy organizacją, mówię teraz o Związku Ukraińców w Polsce, jesteśmy organizacją, która ma historię liczącą 80 lat. Gdybyś chciał nas znaleźć, to byś nas znalazł. Nasza misja, misja naszego, powiedzmy, związku, może być trochę inna, niż oni sobie wyobrażają. Ale my chcemy zachować kulturę, tradycję, język ukraiński, ukraiński śpiew.
I nasza „Wyszywanka”, myślę, że to zachowuje. Na tyle, na ile możemy, na tyle, na ile umiemy. Jesteśmy amatorami.
Ja jestem amatorem, tak. Mirosława ma większe doświadczenie niż ja. A tak ogólnie to się lubimy. Bo gdybyśmy się nie lubili, to nie spotykalibyśmy się. I to jest coś, co nas przy sobie trzyma.
I lubimy ze sobą rozmawiać. To nie tylko na koncertach, ale też takie zwykłe ogniska, jakieś prywatne spotkania. W naszym składzie wiekowo jest syn Mirosławy, który ma czternaście lat, i mamy w składzie członków mających ponad sześćdziesiąt lat. I normalnie ze sobą rozmawiamy. Wszyscy jesteśmy ze sobą na „ty”.
Dla nas, dla mniejszości narodowej, kultura ludowa, pieśni ludowe, to trochę też forma zachowania własnej tożsamości. Wy z Ukrainy, jakby, nie musicie tego robić, bo przyjeżdżacie już ze swoją tożsamością, więc czym dla was jest ta ludowa, tradycyjna pieśń?
Ola Melnyk:
Powinno tak być, że pieśń ludowa to jest to, z czego się urodziło. Jeszcze słyszymy od mamy kołysanki. Nie trzeba nas tego uczyć, tak jak was przesiedlono i wasi rodzice i dziadkowie przekazywali wam to w trudnych czasach. A my to, szczególnie na zachodniej Ukrainie, zawsze mieliśmy. Ale niestety my, Ukraińcy, którzy przyjeżdżamy gdzieś za granicę, czegoś się wstydzimy, milczymy, no, nawet nie wiem, jak to nazwać, uczymy się innego języka, ale zapominamy o swojej tradycji. Sama nawet miałam takie zetknięcie z tym, że ktoś zobaczył mnie na Facebooku w wyszywanej koszuli z zespołem i padło pytanie — a co ty tam, ubierasz wyszywaną koszulę i śpiewasz, co ty takiego pokazujesz. I było mi tak przykro, że mówi to do mnie Ukrainiec z mojego domu. No, tak nie powinno być. I niestety tak jest, że kiedy przyjeżdżamy tutaj, czy do Polski, czy do innych krajów, to czy diaspora, że to oni pokazują nam przykład, a nie powinno tak być. Powinno być tak, że przyjeżdżamy i pokazujemy, kontynuujemy, ale jakoś jest jakby odwrotnie. No, przykre to, ale na wielkie szczęście nie wszyscy są tacy, nawet jeśli jest nas mniej.
Ale my gdzieś pokazujemy, pokazujemy, jeździmy, nagłaśniamy, mówimy o sobie w mediach społecznościowych, na koncertach. Jak już było powiedziane, zaczęło się u siebie, przy cerkwi. Na takich miejscach i wszystko się trzyma.
Jakim to jest wyzwaniem i jak to się robi dla kogoś, kto ma objąć całe to towarzystwo, żeby wyszło na scenę, zaśpiewało, a potem zebrało oklaski?
Mirosława Bułka-Maksysko:
W zespole są różni ludzie. Są ludzie, którzy śpiewali od dzieciństwa i to słychać, i są ludzie, którzy śpiewali gdzieś tam trochę. Ogólnie mamy jakiś tam słuch muzyczny, ale nad techniką trzeba popracować. Kiedyś zadzwonił do mnie mój znajomy i poprosił mnie o nuty piosenek, które śpiewamy.
Bardzo się zdziwiłam, ponieważ mówię, słuchaj, zawsze mówimy, że nie jesteśmy chórem, tylko jesteśmy grupą wokalną, amatorską grupą wokalną. I jeszcze żadnej piosenki nie zrobiliśmy z nut. Po prostu śpiewamy z serca.
Każdy z tych ludzi, którzy mieli gdzieś tam doświadczenie w śpiewaniu w chórach, starają się sami znaleźć głos, którym śpiewają. Moja rola, ponieważ mam wyższe wykształcenie muzyczne, polega na tym, żeby to zagrać tak, żeby było harmonijnie, żeby była w tym wszystkim harmonia. Czy komuś coś dodać, czy coś pokazać.
Natomiast istota w tym i myślę, że to jest taki plus naszego zespołu, że każdy pracuje, każdy daje coś od siebie. Jeśli coś nie wychodzi, to widać, pomagam. Ale ogólnie jest tak, że dzielimy się na głosy i po prostu stajemy i śpiewamy.
Szukamy jakiejś harmonii, która by nam pasowała, żeby to nie było bardzo trudne. Bo takich trudnych rzeczy nie jesteśmy w stanie zaśpiewać, mamy tego świadomość. Ale wszyscy pracujemy nad tym, żeby ogólnie harmonia była wspólna i żeby jakoś to brzmiało.
Jak powstaje repertuar? Z tego, co wszyscy znamy, czy żeby było coś nowego, innego, może nie aż tak popularnego, jak to robicie?
Mirosława Bułka-Maksysko:
Tutaj właściwie zależy to od święta, ale ogólnie jest tak, że wszyscy szukamy piosenek. Czasem jest tak, że wrzucamy sobie na WhatsAppa, na WhatsAppie mamy swoją grupę, i wrzucamy: o, słuchajcie, tę piosenkę śpiewała mi babcia. I wrzucamy: Boże, jaka fajna piosenka, i zróbmy ją.
I tak było od samego początku. Później zaczęły się inne tematy, jak kolędy. Wszyscy szukamy, szukamy kolęd.
To, co nam się podoba, robimy. Zaczęła się wojna, my raczej robiliśmy już na 75-lecie, zaczęliśmy szukać na Akcję „Wisła”. To nie pasowało, bo zaczęła się wojna, i zrobiliśmy bahodyny i koncert. Tak więc piosenek szukaliśmy razem, tak? Słuchajcie, taka piosenka, taka piosenka.
I każdy wrzucał swoje propozycje. I razem wybieraliśmy i razem układamy ten repertuar. Oczywiście na końcu całą reżyserką tego wszystkiego i słowem do tej piosenki.
Jakoś układamy tutaj i razem z Olą, i ja też coś pomagam. Ale ogólnie piosenki wybieramy razem. Dlaczego? Po to, żeby nam wszystkim dobrze się śpiewało, po prostu.
Macie ten komfort, że jako wykonawcy, jako artyści, bywacie na różnych wydarzeniach, ale też w różnych regionach. Czy te nasze społeczności są jakoś szczególne regionalnie, czy raczej jest to w większości podobne?
Paweł Grybyk:
Pewnie widać, gdzie ludzie bardzo czekają na kontakt z rodzimą piosenką. Ale byliśmy na przykład we Wrocławiu i tam było trochę inaczej. Pojechaliśmy tam z koncertem charytatywnym, zbieraliśmy pieniądze dla ZSU.
Zaprosił nas ksiądz, pojechaliśmy tam dzień wcześniej. Normalnie, trzeba przenocować, trzeba odpocząć, pójść. Były tam trzy nabożeństwa i mieliśmy dwa koncerty.
Widać, że tam większość ludzi, która przychodzi na nabożeństwo, to są ludzie, którzy przyjechali z Ukrainy. I to od razu widać, jak ludzie cię odbierają. Bo jak pojechaliśmy do mniejszych parafii, jak Człuchów, Szczecinek, Biały Bór, Bytów. Nasza społeczność słupska, ludzie inaczej, może to wynika z tego, że był lepszy kontakt z publicznością niż w takiej dużej katedrze, w której śpiewaliśmy.
To było widać. Wydaje mi się, że po prostu nie jest to jakieś lepsze przyjęcie czy gorsze przyjęcie. Myślę po prostu, że jest to różne przyjęcie, bo jak nas słuchają ludzie z Ukrainy, w naszej słupskiej społeczności jest dużo ludzi z Ukrainy, jak mamy koncert, to faktycznie przychodzą i nasi przesiedleńcy, i potomkowie przesiedleńców, i ci, którzy teraz przyjechali.
I wszystko jest tak połączone. A we Wrocławiu czuliśmy się trochę inaczej, bo tam było bardzo mało naszych przesiedleńców, potomków, a bardzo dużo ludzi z Ukrainy. Ale to nie oznacza, że zostaliśmy gorzej przyjęci.
Oni płakali na naszym koncercie, bili nam brawo. To nie było tak, tylko po prostu jest inaczej. Oni pamiętają wojnę, pamiętają współczesność, ci ludzie z Ukrainy, którzy przyjechali.
A my jeszcze pamiętamy akcję „Wisła” i te wszystkie patriotyczne piosenki, które włączyliśmy do naszego programu, one też nawiązywały do akcji „Wisła”. I to tak, no, po prostu jest różnie. Nie lepiej, nie gorzej, ale po prostu różnie odbierają.
Mirosława Bulka-Maksysko:
Mieliśmy przygotowany program na akcję „Wisła”. Ale zaczęła się wojna i wszystkie wydarzenia Związku zostały odwołane na jesień.
I mówię: no, szkoda nam tego repertuaru. Zróbmy koncert charytatywny. Jedźmy po parafiach, na wojsko trzeba zbierać pieniądze, spróbujmy tak.
My po prostu chcieliśmy zrobić koncert charytatywny w naszym kościele. A nawet było tak, wrócę do tego, że zaśpiewaliśmy ten koncert charytatywny, to było jakoś w maju. I nasi ludzie, z naszego kościoła, nasi chórzyści mówili nam: słuchajcie, idźcie z tym dalej.
I my to poparliśmy. Po prostu pojechaliśmy, bo oni nas jakby, no, nakazali w prosty sposób. Mówili: idźcie z tym dalej.
I zaczęliśmy jeździć. Bytów, Szczecinek, Człuchów, Miastko, Biały Bór, Białyca, tam, we Wrocławiu byliśmy i tak dalej. I rzeczywiście ludzie byli bardzo, bardzo… znaczy księża bardzo chętnie nas przyjmowali.
Bo ten nasz koncert charytatywny to był koncert-modlitwa. I księża bardzo nam też pomogli. Bardzo chętnie nas przyjęli.
Ludzie też bardzo, no, uczuciowo do tego podeszli. I my naprawdę zebraliśmy fajną sumę pieniędzy i mogliśmy naprawdę pomóc naszym chłopakom.
Naszą rozmowę kontynuujemy od refleksji o tym, co spaja zespół – zarówno regularne próby, jak i prawdziwa przyjaźń. Mówi kierowniczka „Wyszywanki” Mirosława Bułka-Maksysko.
Mirosława Bułka-Maksysko:
Tak, doświadczenie nauczyło mnie, że próby muszą się odbywać, żeby zespół w ogóle istniał, jeździł gdzieś i coś prezentował. Bałam się właśnie, że tego nie będzie, że nie będzie regularnych prób, że ludzie nie będą przychodzić. A naprawdę jest tak, że jeśli nie mamy próby przez tydzień czy dwa, to już na grupie pojawia się pytanie: kiedy próba?
Bo ludziom już tego brakuje. Po prostu pośpiewać, spotkać się, porozmawiać, pożartować. Ale były też takie sytuacje, że weszliśmy i razem popłakaliśmy.
Tak że to jest już taka przyjaźń. Taka silna przyjaźń, która nas po prostu jednoczy i którą możemy cały czas kontynuować.
Paweł Hrybyk:
Ja tutaj trochę posłodzę Mirosławie, ale to jest też jej zasługa, bo ona ma do tego rękę.
Bo gdyby nie jej charyzma, to może wyglądałoby to trochę inaczej. Mirka potrafi też utrzymać dyscyplinę. Bo przyjaźń przyjaźnią, ale próbę trzeba przeprowadzić.
Przeprowadzić od początku do końca. I ona potrafi to zrobić.
Jeśli punktem wyjścia jest to, czego „Wyszywance”, czego wy sami sobie życzycie? Jakie macie życzenia z okazji może jeszcze młodego, ale jednak jubileuszu?
Mirosława Bułka-Maksysko:
Mamy plany, o których teraz nie będziemy mówić, ale na pewno mamy takie plany, że chcemy kontynuować to, co robimy. Bo my tego chcemy i widzimy też, że ludzie tego chcą.
Przynajmniej w naszej społeczności. Nasz ksiądz też ciągle pyta, kiedy będzie kolejny koncert. Tak że na pewno będziemy to kontynuować, bo ludzie po prostu tego chcą.
A co będzie po drodze, zobaczymy.
Paweł Hrybyk:
Moim marzeniem jest nagrać jakąś płytę z tym, co śpiewamy. Daj Boże, żeby to było w ciągu następnych 5, 10 czy 15 lat, ale żeby została po tym jakaś pamiątka dla nas. To jest moje marzenie.
Mirosława Bułka-Maksysko:
Mamy jeszcze jedno wspólne marzenie — i mówili o nim wszyscy, którzy są w „Wyszywance” — żeby Ukraina zwyciężyła. I żebyśmy mogli pojechać do Lwowa, stanąć przy pomniku Szewczenki i po prostu zaśpiewać.
To jest nasze marzenie. Myślimy o nim każdego dnia i zrealizujemy je, gdy tylko wojna się skończy.
Ola Melnyk:
Moim marzeniem, odkąd trafiłam do tego zespołu — przypadkiem albo nieprzypadkiem — jest zostać w nim na dłużej. Bardzo się cieszę, że oni czują taką potrzebę, żeby ludzie z Ukrainy też byli z nimi.
Bo dla nas to jest wielka duma i wielka radość, że tak się połączyliśmy jedni z drugimi. I podtrzymujemy to wszystko, bo to jest nasza tradycja, o której nie możemy zapominać i o której musimy pamiętać na obczyźnie.
Bo jesteśmy na obczyźnie — czy to Ukraińcy, potomkowie Akcji „Wisła”, czy ci Ukraińcy, którzy przyjechali przed wojną i po wybuchu wojny.
To jest obca ziemia i bardzo ważne jest to, że pamiętamy o swojej tożsamości, o kodzie naszego narodu. Nawet jeśli są teraz tak trudne czasy i niestety pojawiły się takie nastroje między ludźmi, to jakoś z tym walczymy. Walczymy i idziemy dalej.
Na sam koniec. Jaka jest, waszym zdaniem, główna wartość takich wydarzeń jak to w Pieniężnie, gdzie nagrywamy tę rozmowę?
Mirosława Bułka-Maksysko:
Ja, jako pedagog, tak powiem. Nasza działalność w „Wyszywance” ma też cel pedagogiczny — pokazać dzieciom, co śpiewamy i że warto śpiewać.
I rzeczywiście nasze dzieci bardzo lubią śpiewać razem z nami, bo często organizujemy wspólne koncerty.
A wartość takich wydarzeń polega na tym, żeby pokazywać tę kulturę, bo ludzi dobrej woli jest więcej.
I ta działalność międzykulturowa — czy polska, czy ukraińska, czy kaszubska, bo pochodzę z Kaszub i tam się urodziłam — zawsze jest wielką wartością.
Ludzie, którzy noszą w sobie nie jedną, ale dwie kultury, są bogatsi. Mają w sobie dwie, a czasem trzy kultury, znają tradycje i je kontynuują. Dzięki temu sami czujemy się trochę bogatsi.
„Wyszywance” życzymy jeszcze wielu lat przyjaźni, śpiewu i wspólnych sukcesów.
3–4 października, na Mazurach odbędą się jubileuszowe, XXV Międzynarodowe Koncerty Muzyki Cerkiewnej. Ich organizatorami są Mazurski Oddział Związku Ukraińców w Polsce oraz greckokatolicka parafia Trójcy Przenajświętszej w Giżycku. Mówi przewodniczący Mazurskiego Odziału ZUwP Jan Pik:
W tym roku będziemy mieli przez dwa dni 11 spotkań i koncertów. Przyjedzie do nas prawie 160 uczestników, śpiewaków. Będzie to osiem chórów.
Chóry z Polski, ukraińskie, z Ukrainy, a także polski chór ze Słupska i kwartet z Białegostoku. Te dwa ostatnie zespoły zaprezentują również polskie pieśni, utwory rzymskokatolickie i religijne. Będziemy też mieli gościa z dalekiej Kanady, z Toronto – chór „Wesniwka” wraz z kameralnym chórem męskim z Toronto.
„Wesniwka” obchodzi w tym roku 60-lecie istnienia. Akurat będą przebywać w Polsce i wystąpią na naszym festiwalu. To bardzo ważne, a 25 lat jest podsumowaniem naszej dotychczasowej działalności. Pierwsze koncerty odbyły się u nas w 2001 roku.
I dzięki Bogu, przez te 25 lat udało nam się, jako organizatorom i mniejszości ukraińskiej, zainteresować tym projektem większość mieszkańców Mazur. W tym roku zaplanowany koncert galowy odbędzie się wyjątkowo w sanktuarium św. Brunona, w rzymskokatolickim sanktuarium.
To właśnie tam rozpoczynaliśmy pierwsze koncerty, wychodząc z naszej cerkwi w Giżycku. Nasza cerkiew po prostu nie mogła pomieścić wszystkich widzów, dlatego na koncert galowy musieliśmy wyjść z naszej świątyni, bo przychodziło tak wielu ludzi.
W tym roku, z okazji jubileuszu, zorganizujemy tam koncert. Podsumowując, w ciągu tych dwóch dni w siedmiu miejscowościach naszego mazurskiego regionu będą odbywały się koncerty.
Zarówno w naszych cerkwiach, jak i w rzymskokatolickich kościołach, a także w ewangelicko-augsburskim kościele w Giżycku.
Szczegóły — na stronie Giżyckiego Związku Ukraińców w Polsce na Facebooku.


























