Razem możemy więcej
Kto był ten wie, że to hasło towarzyszące Regionalnemu Kongresowi Kobiet Warmii Mazur i Powiśla. Olsztyńska Filharmonia takiej obsady jeszcze nie widziała. Same kobiety, garstka mężczyzn i pies. Wszystkie media odtrąbiły sukces, a mnie dopadła taka mała refleksja. Zastanowiły mnie puste krzesła w zapełnionej do połowy sali. Szkoda, że wciąż mało kobiet z Warmii i Mazur chce utożsamiać się z Kongresem. Może dlatego, że był piątek? A może dlatego, że Kongres organizują feministki? A może dlatego, że wbrew oczekiwaniom nie przyjechały sztandarowe postaci Kongresu czyli: pani prezydentowa Anna Komorowska, prof. Danuta Hübner, prof. Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka. Nie zawiodły za to: wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka i prezeska Kongresu Kobiet Dorota Warakomska.
Dlaczego było mało kobiet? Myślę, że nasze kobiety nie chcą być personalnie utożsamiane po pierwsze z feministkami, po drugie z takimi tematami jak: aborcja, gwałty, przemoc w rodzinie, czy pedofilia w kościele.
Nazwanie kobiety feministką niesie w sobie pejoratywne znaczenie. Nieraz spotkałam się z twierdzeniem, że feministki to brzydkie kobiety, które nie mogą sobie znaleźć chłopa, więc są feministkami. Nienawidzą mężczyzn i marnują czas na obmyślanie sposobów, jak im dokopać. Gdyby ten pogląd wypowiadali mężczyźni – pal licho. Wiadomo, że w ten sposób myślą panowie, którzy wyznają konserwatywny styl uporządkowania stosunków damsko-męskich. Ale jeśli twierdzą tak kobiety – to coś jest na rzeczy.
Dwa wieki temu tak samo myślano o sufrażystkach. A przecież gdyby nie one, siedziałybyśmy w dniu wyborów w domu, niańczyły gromadkę dzieci i gotowały obiadki panom i władcom. A to, że protestowały w różny sposób? Nieważne. Ważne, że skutecznie. Nasza płeć została dostrzeżona, doceniona i powoli, małymi krokami dochodzimy do równości i równouprawnienia. A dzięki komu? No przecież nie dzięki facetom, którzy sami by na to nie wpadli!!! Dziś o nasze prawa walczą feministki, żądając np. parytetów. Czy to złe? A czy to, że zachęcają kobiety do pełnienia ról społecznych, to też źle? Dla kogo? A czy to, że otwarcie mówią o aborcji czy pedofilii w kościele, to też źle? Czy te problemy wciąż mają siedzieć pod polską pruderyjną kołdrą?
Przemoc w rodzinie to wciąż w wielu domach temat tabu. W ponad 90 procentach sprawcami są mężczyźni. A bite kobiety to także panie: lekarki, dyrektorki, uczone, nauczycielki, posłanki, czy urzędniczki. Im wyższa pozycja społeczna, tym trudniej przyznać się, że jest się ofiarą przemocy. Bo co powiedzą podwładni, gdy dowiedzą się, że panią dyrektor mąż regularnie bije lub poniża? Lepiej w takiej sytuacji milczeć i unikać tematu. A więc nie chodzić tam, gdzie się o tym głośno mówi. Bo jeszcze mąż by się o tym dowiedział i afera gotowa. A może dalej pokutuje pogląd, że kobieta swoim marudzeniem, zgryźliwością i jeszcze nie wiedzieć czym prowokuje partnera do tego, by jej wlał? Przecież każdy zna przysłowie z upodobaniem powtarzane przez rubasznych panów: gdy się baby nie bije, to jej wątroba gnije. To samo dotyczy bitych dzieci. Kto przyznałby się dobrowolnie do bicia swego dziecka? Która kobieta, będąca w poukładanym związku, naskarży na męża, że ten bije ich dzieci?
A jeśli o dzieciach mowa. O ile na pedofilach każda z nas nie pozostawi suchej nitki, to w przypadku pedofila-księdza sytuacja się komplikuje. Ksiądz? To niemożliwe! Przecież duchowny to święta osoba – słyszę z wielu ust. Znam wiele przypadków, gdy dzieciom się nie wierzy, a wręcz zamyka usta. Matki i babcie nie reagują. Może to miłosierdzie każe nam przebaczać, czy nie dostrzegać problemu? A może pokutuje indoktrynacja kościoła o nieskazitelności stanu duchownego? A może pobożność rozgrzesza grzesznego klechę, którego, jak twierdził arcybiskup Michalik, dziecko samo prowokuje. A może to wyrzuty sumienia? Że się rozwiodłyśmy, więc nasze dziecko podatne jest na zaczepki pedofila? A przecież ksiądz to zwykły człowiek, którego zawód określany jest mianem powołania. Czy zgodziłybyśmy się w każdej innej instytucji, by szef swego podwładnego ukarał za pedofilię naganą i nie zgłosił tego organom ścigania?
Następny, niewygodny temat to gwałty. Z szacunków wynika, że 80 procentom gwałcicieli ten czyn uchodzi na sucho. Dlaczego? Bo ofiary gwałtu wstydzą się przyznać, że padły ofiarą tej ohydnej zbrodni. Bo boją się, że zostaną potępione w swojej społeczności. Boją się zemsty i boją się bezlitosnych procedur. Boją się funkcjonariuszy, którzy często nie są przygotowani na rozmowę ze zgwałconą. Boją się stanąć twarzą w twarz z gwałcicielem na sali sądowej. I wreszcie boją się przyznać, że gwałt małżeński to coś złego. Lepiej więc milczeć, by nie rozdrapywać potwornych ran psychicznych, nie pogorszyć sobie opinii, czy atmosfery w związku.
Na koniec zostawiłam najbardziej kontrowersyjny temat – aborcję. To zagadnienie wiąże się nierozerwalnie z antykoncepcją, czyli inaczej mówiąc – profilaktyką. Od lat lekarze wkładają nam do głów, że zapobieganie jest mniej kosztowne, niż leczenie skutków choroby. A przecież używanie antykoncepcji jest zapobieganiem niechcianej ciąży. Zamiast więc namawiać do jej stosowania, stawia się kobiety przed dylematami: zrobić na przekór księdzu? Kupić jedzenie czy tabletki antykoncepcyjne? Presja społeczna i bezlitosne prawo powodują, że kobiety rodzą niechciane dzieci. A co jest potem? Wiadomo. I niekoniecznie mam na myśli dzieci wyrzucone na śmietnik. Wystarczy, że za ścianą żyją nieszczęśliwe kobiety, które wbrew sobie muszą żyć tak, jak im każą posłowie.
Dzięki działaniom feministek powyższe problemy ujrzały światło dzienne i stały się tematami debaty publicznej. Powoli idzie za tym usankcjonowanie prawne. Wielu kobietom (nie identyfikującym się z feministkami) ulżyło, wielu dodało odwagi do walki o swe prawa w domu i w pracy. Wiele z nich wyręczono w trudnych rozmowach z dziećmi na tematy pedofilii, odmienności seksualnej, czy poszanowania płci. Wzrasta poziom świadomości społecznej, bo jak mówi stare, mądre przysłowie: czego Jaś się nie nauczy, Jan nie będzie umiał.
Wracam więc do hasła: Razem możemy więcej. Kto, jak nie my same powinnyśmy załatwiać swoje sprawy? Jak ma nam się polepszyć, jeśli nie będziemy protestować, apelować, walczyć? Jak ma się zmienić prawo na korzyść nas, jeśli ustawodawca (mężczyźni) nie rozumie naszych problemów i potrzeb? Skąd ma wiedzieć czego oczekujemy, skoro milczymy? Na takim kongresie jak w Olsztynie, sala powinna pękać w szwach! Co z tego, że różnimy się w poglądach, cel jest przecież jeden – by żyło nam się lepiej. Więc nie narzekajmy na feministki i nie patrzmy z boku, dając im w istocie ciche przyzwolenie. Włączmy się same, bo: razem możemy więcej.
A oto kilka wypowiedzi z Kongresu Kobiet:
Monika Falej, przewodnicząca Rady Organizacji Pozarządowych i pełnomocnik Kongresu Kobiet:
Wanda Nowicka, wicemarszałek Sejmu: Dorota Warakomska, prezes Kongresu Kobiet: Joanna Piotrowska, szefowa Fundacji Femioteka:






























