Audycje w języku ukraińskim – wrzesień 2025
Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach. Zbieramy codzienne informacje, ale poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!
Audycji można posłuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 10.50 i 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.
Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.
- 30.09.2025 – godz. 18.10
- 30.09.2025 – godz. 10.50
- 29.09.2025 – godz.18. 10
- 29.09.2025 – godz. 10.50
- 28.09.2025 – godz. 20.30 – magazyn
- 27.09.2025 – godz. 10.50
- 26.09.2025 – godz. 18.10
- 26.09.2025 – godz. 10.50
- 25.09.2025 – godz. 18.10
- 25.09.2025 – godz. 10.50
- 24.09.2025 – godz. 18.10
- 24.09.2025 – godz. 10.50
- 23.09.2025 – godz. 18.10
- 23.09.2025 – godz. 10.50
- 22.09.2025 – godz. 18.10
- 22.09.2025 – godz. 10.50
- 21.09.2025 – godz. 20.30 – magazyn
- 20.09.2025 – godz. 10.50
- 19.09.2025 – godz. 18.10
- 19.09.2025 – godz. 10.50
- 18.09.2025 – godz. 18.10
- 18.09.2025 – godz. 10.50
- 17.09.2025 – godz. 18.10
- 17.09.2025 – godz. 10.50
- 16.09.2025 – godz. 18.10
- 16.09.2025 – godz. 10.50
- 15.09.2025 – godz. 18. 10
- 15.09.2025 – godz. 10.50
- 14.09.2025 – godz. 20.30
- 13.09.2025 – godz. 10.50
- 12.09.2025 – godz. 18.10
- 12.09.2025 – godz. 10.50
- 11.09.2025 – godz. 18.10
- 11.09.2025 – godz. 10.50
- 10.09.2025 – godz. 18.10
- 10.09.2025 – godz. 10.50
- 09.09.2025 – godz. 18.10
- 09.09.2025 – godz. 10.50
- 08.09.2025 – godz. 18.10
- 08.09.2025 – godz. 10.50
- 07.09.2025 – godz. 20.30
- 06.09.2025 – godz. 10.50
- 05.09.2025 – godz. 18.10
- 05.09.2025 – godz. 10.50
- 04.09.2025 – godz. 18.10
- 04.09.2025 – godz. 10.50
- 03.09.2025 – godz. 18.10
- 03.09.2025 – godz. 10.50
- 02.09.2025 – godz. 18.10
- 02.09.2025 – godz. 10.50
- 01.09.2025 – godz. 18.10
- 01.09.2025 – godz. 10.50
28.09.2025 – godz. 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)
Prowadzenie – Grzegorz Spodarek
Przywitanie:
Dziś zabierzemy Was do Pieniężna na rozmowę o dziedzictwie kulturowym Ukraińców na Warmii i Mazurach. Usłyszycie też kolejny fragment wywiadu z profesorem Markiem Melnykiem o rosyjskiej agenturze oraz przegląd najnowszych wydarzeń przygotowany przez naszego komentatora Stefana Migusa. W programie także opowieść Oleksandra Hnatiuka – pierwszego ukraińskiego nauczyciela w Polsce – o początkach jego pracy. To wszystko już za chwilę, w języku ukraińskim. Zapraszamy!
/muzyka/
Dyskusja o ukraińskim dziedzictwie odbyła się podczas tegorocznego Święta Plonów w Pieniężnie. Swoimi refleksjami podzieliły się przedstawicielki stowarzyszenia „Wierzbicka Ziemia” – Danu ta Zatorska oraz dr Olga Kich-Maslej z Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także kolekcjoner ukraińskich wyszywanek Jurij Rynkowski. Pani Olga podkreśliła, że dziedzictwo to zarówno szacunek dla własnego, jak i otwartość wobec innego.
– Dziedzictwo, czyli po polsku „dziedzictwo kulturowe”, to dziś modne słowo, ale żeby ono istniało, musi być ktoś, kto je tworzy i przekazuje, i ktoś, kto je dziedziczy. To ruch międzypokoleniowy – mówiono podczas spotkania.
Dziedzictwo to wielka wartość, spuścizna, coś bardzo cennego, co tworzymy i co potem przekazujemy wnukom. Myśląc o nim, mam przed oczami nie tylko artefakty czy haftowane stroje – one nie są tylko kawałkiem materiału. To historia, świadectwo życia ludzi, niosące ze sobą wartość i informacje.
Pokazują nam, skąd pochodzimy, skąd przyszliśmy. Mimo że na Warmii i Mazurach mieszkamy już od trzech pokoleń, wciąż czujemy się tu gośćmi. Dziedzictwo i zainteresowanie nim oznacza także tolerancję. Przynosząc swoje tradycje, pokazując stroje, interesujemy się również tym, kim byli nasi sąsiedzi, skąd przybyli – z Ukrainy, Kresów Wschodnich, Białorusi, Wołynia. To wzajemne poznanie.
Nasze stroje, hafty, pieśni niosą dobro, miłość i pozytywną energię. Dlatego ważne jest, by odtwarzać dawne wzory, przekazywać je dzieciom i wnukom, nie poprzestawać na maszynowych kopiach, które pozbawione są duszy. – To nasze dobro, które trzeba szanować i pielęgnować – podkreślano.
Uczestnicy rozmowy mówili też o roli języka: – Kiedy młodzi w domu częściej mówią po polsku, a w kontakcie z nami przechodzą na ukraiński, to znak, że język nadal żyje. To kod narodu, który można przekazać dalej – mówili.
Podkreślano, że najważniejsze jest nadawanie wartości własnej kulturze i pokazywanie, że jest piękna, cenna i ważna. – Prezentując stroje, pokazujemy, że jesteśmy dumni ze swojego pochodzenia – usłyszeliśmy.
Dlatego padł apel, aby osoby, które mają w domach stare stroje, wyszywanki czy inne wartościowe przedmioty, przekazywały je stowarzyszeniu „Wierzbicka Ziemia” lub do kolekcji Jurija Rynkowskiego w Olsztynie. On zadba o nie profesjonalnie.
Marzymy też o kolejnych wystawach w ważnych miastach – w Olsztynie, Elblągu, Gdańsku, a może i w Krakowie – oraz o stworzeniu katalogu nie tylko strojów, ale i innych artefaktów związanych z Zakerzoniem, naszą rodzinną ziemią.
– Apeluję i zapraszam: przynoście, przekazujcie, a my zachowamy, opiszemy i pokażemy to dziedzictwo – podsumowali organizatorzy.
W okresie istnienia Związku Radzieckiego służby specjalne, czyli KGB, prowadziły działalność dywersyjną w obozie zachodnich, kapitalistycznych krajów. Aby osłabić przeciwnika, podejmowano działania dywersji ideologicznej. Polegały one na demoralizacji, podważaniu wartości, polaryzacji i atomizacji społeczeństwa. Była to strategia obliczona na dziesięciolecia, co najmniej na 25–30 lat, czyli czas potrzebny na wychowanie całego pokolenia.
Na początku lat 70. XX wieku agent KGB Jurij Bezmienow, pracujący w korpusie dyplomatycznym ZSRR w Indiach, uciekł do Ameryki. Tam zaczął tłumaczyć społeczeństwu amerykańskiemu metody działania komunistycznych służb specjalnych. Metody te dokładnie opisał w swojej książce „Love Letter to America”, która ukazała się w 1984 roku. Książka wyszła także w języku polskim pod tytułem „Agentura wpływu. Tajniki działalności wywrotowej KGB”.
O książce z prof. Markiem Melnykiem z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego rozmawiał Serhij Petryczenko. Proponujemy Państwa uwadze drugą część tej rozmowy.
Warto wspomnieć, że metody opisane w tej książce sięgają jeszcze filozofii i praktyki starożytnych Chin. To ciekawe spostrzeżenie, ponieważ mądrość dawnego Państwa Środka fascynuje wielu badaczy. Chińska tradycja, oparta na idei równowagi sił i harmonii świata, przetrwała do dziś. Co więcej, została zaadaptowana także do ideologii komunistycznej.
Chiny, jako cywilizacja licząca ponad 4 tysiące lat, podobnie jak Indie, potrafiły przystosować wiele elementów obcych kultur do swojej. Komunizm – ideologia Zachodu XIX wieku – okazał się skuteczny nie tyle w Rosji, ile właśnie w Azji. Metody demoralizacji i osłabienia przeciwnika, opierające się na pozbawianiu go zdolności rozróżniania dobra i zła, zostały opracowane w Chinach już kilka tysięcy lat temu. Chodziło o to, by przeciwnik poddał się bez użycia siły militarnej.
Również zasada „dziel i rządź” nie jest nowa – to rzymska maksyma sprzed dwóch tysięcy lat. Rzym upadł, a Chiny istnieją do dziś, choć przeżywały także kryzysy, zwłaszcza w XIX wieku, kiedy europejskie imperia chciały je skolonizować.
Część dzisiejszego terytorium Rosji to dawne ziemie chińskie. Z chińskich podręczników historii wynika jasno, że Pekin nie pogodził się z utratą ziem w XIX wieku. Dotyczy to nie tylko Tajwanu, ale także terytoriów administrowanych obecnie przez Federację Rosyjską. W praktyce Chiny to realizują, a Rosja jest de facto państwem zależnym od Chin – gospodarczo, politycznie i wojskowo.
Można więc powiedzieć, że największym zagrożeniem dla Rosji nie są ani Stany Zjednoczone, ani Unia Europejska, ale właśnie Chiny. Bo, zgodnie z chińską mądrością, najbardziej trzeba bać się silnego przyjaciela – ten bowiem w każdej chwili może stać się największym wrogiem.
Przegląd ciekawych wydarzeń z ostatnich dni przygotował dla was Stefan Migus:
Gospodarz amerykańskiego Białego Domu znów zadziwił świat. Przy okazji posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych Trump oświadczył, że Ukraina ma wszelkie szanse odzyskać swoje dotychczasowe granice, a nawet je poszerzyć dzięki niezwykłemu bohaterstwu swoich żołnierzy.
A na pytanie, czy NATO powinno zestrzeliwać rosyjskie samoloty, które naruszają jego przestrzeń powietrzną, odpowiedział, że tak. Znając Trumpa, każdego dnia można spodziewać się coraz to nowych i nowych oświadczeń, które mogą sobie nawzajem przeczyć. Na pytanie dziennikarzy, czy ufa Putinowi, Trump odpowiedział: będę mógł odpowiedzieć wam na to pytanie za miesiąc.
Raz. A więc mamy, co mamy. I spodziewać się też możemy wszystkiego.
A drony od czasu do czasu latają nad Europą. To znaczy nad Polską, Rumunią, Bułgarią, Estonią i nienatowską Mołdawią. Ostatniego takiego ptaka znaleziono niedaleko miasteczka Korsze w naszym regionie.
Kolejne próby zbirów i kłamliwych propagandystów światowego zbrodniarza Putina – to blokowanie elektroniczno-informacyjnych systemów monitorujących loty samolotów, co sieje całkowity chaos, zwłaszcza na światowych lotniskach, nie mówiąc już o ryzyku wywołania strasznych katastrof. Polskie wydanie internetowe Onet publikuje fragment rozpowszechnianej przez Moskali fałszywej informacji: „Polska ma wysłać swój kontyngent, aby zająć ukraińskie tereny, które kiedyś były polskie”.
Takie oświadczenia złożył szef prorosyjskiego centrum badań nad konfliktami wojskowymi i politycznymi – Andriej Lincewicz. Polacy – kontynuował niejaki Klinewicz – rzekomo teraz rozpatrują tę zmianę we własnym interesie, wykorzystując Ukrainę jako narzędzie do osiągania zysków. Podsycał on również nastroje antyukraińskie, twierdząc, że Polacy ignorują obywateli Ukrainy, którzy przenieśli się do Polski.
Takie wypowiedzi są częścią rosyjskiej dezinformacji, której celem jest skłócenie Ukrainy z jej sojusznikami. Pomimo wyczuwalnego zagrożenia, nad Wisłą trwają niestety bandyckie ataki nienawistne wobec Ukraińców. W ostatnim takim ataku w warszawskim autobusie miejskim półnagi, tępy chuligan pobił Polkę, która jako jedyna w zatłoczonym pojeździe stanęła w obronie Ukrainki.
Zaczęło się od tego, że pasażer autobusu zaczął obrażać starszą kobietę. Usłyszawszy, że mówi po ukraińsku, krzyczał i żądał, aby wracała do swojego kraju, wypominając Wołyń i zwolenników Bandery. Zenobia Żaczek, znana Polka, działaczka społeczna i członkini komitetu obrony praw lokatorów, zareagowała jako jedyna.
Napastnik przeniósł swoją agresję na nią, przechodząc od słownych obelg do przemocy fizycznej. Napastnik, dzięki Bogu, został aresztowany. Jeszcze inny Polak, który zapisał się do armii zbrodniarza Putina, aby walczyć po stronie Rosji, niedawno zginął na ukraińskim froncie.
Ów osobnik, jak podają polskie agencje informacyjne, wcześniej zajmował się odbudową pomników żołnierzy radzieckich w Polsce.
Jednak dzisiejsze spotkanie chciałbym zakończyć optymistycznym akcentem. Ukraina opracowała nową, potężną rakietę „Flamingo”, która może razić cele na głębokości ponad trzech tysięcy kilometrów na terytorium Rosji, sięgając nawet Moskwy.
Tam, a nawet dalej, docierają już ukraińskie drony, niszcząc bazy wojskowe, linie kolejowe, rafinerie i elektrownie. „Flamingo” będzie siać jeszcze większe spustoszenie, a ja, potomkom deportowanych przodków podczas akcji „Wisła”, chcę jeszcze pokazać, jak chronić ojczysty język. Oto przykład.
Okazuje się, że język ukraiński jest językiem urzędowym nie tylko na Ukrainie, ale także w Brazylii. Co osiągnęli tamtejsi Ukraińcy? Niewielu wie, że język ukraiński został oficjalnie uznany w brazylijskim regionie Prudentópolis. Miasto to stało się domem dla licznych potomków emigrantów z Ukrainy, którzy przybyli tam pod koniec XIX i na początku XX wieku.
Wiele rodzin zachowało tutaj dawne ukraińskie tradycje, kuchnię i folklor, przekazując je z pokolenia na pokolenie. Dziś lokalne społeczności aktywnie wspierają język ukraiński. W październiku 2021 roku tamtejszy parlament jednogłośnie przyjął ustawę nadającą językowi ukraińskiemu status oficjalnego w Prudentópolis.
To pozwala używać języka ukraińskiego w dokumentach państwowych, szkołach, na wydarzeniach kulturalnych, a nawet na szyldach miejskich. Jest więc z kogo brać przykład, a taki jest nam bardzo, bardzo potrzebny, abyśmy ostatecznie nie zapomnieli swojego ojczystego języka tutaj, w Polsce.
Ukraina zwycięży! Chwała Ukrainie! Chwała jej bohaterom!
Wasz obserwator!
Zaproszenia
Запрошуємо вас на XXIV Міжнародні концерти церковної музики 2025, що відбудуться 4 та 5 жовтня у Венґожеві, Ґіжицьку, Банях Мазурських, Видмінах, Вількасах та Круклянках.
У програмі — виступи хорів і вокальних ансамблів з України та Польщі, а також урочисті богослужіння.
Кульмінацією стане гала-концерт у Ґіжицьку в неділю, 5 жовтня о 16:00, в євангельсько-аугсбурзькому храмі.
Zapraszamy na XXIV Międzynarodowe Koncerty Muzyki Sakralnej 2025, które odbędą się 4 i 5 października w Węgorzewie, Giżycku, Baniach Mazurskich, Wydminach, Wilkasach i Kruklankach.
W programie – występy chórów i zespołów wokalnych z Ukrainy i Polski, a także uroczyste nabożeństwa.
Kulminacją wydarzenia będzie koncert galowy w Giżycku w niedzielę, 5 października o godzinie 16:00 w kościele ewangelicko-augsburskim.
21.09.2025 – godz. 20.30 – magazyn (opis do dźwięku)
Powitanie
(-)
Parafia greckokatolicka Narodzenia NMP w Ostrym Bardzie to – jak wcześniej w naszej audycji mówił proboszcz ks. Juliusz Krawiecki – matka dla młodszej miejskiej wspólnoty w Bartoszycach. Obie one stanowią jeden organizm, co potwierdzają rozmówcy Grzegorza Spodarka, którzy wzięli udział w święcie parafii. Ich głosy to echo przesiedleńczej historii Ukraińców, ale i wytrwałość i ciągłość wiary, których nie zdołał zniszczyć czas:
– Jestem Anna Baczewska ze Stopek; nie ma takiej cerkwi, w której bym nie była. Ten śpiew w naszej cerkwi, to jest ten stary, dawny nasz śpiew. Nasi rodzice tu śpiewali, pamiętam jak oni śpiewali, byłam jeszcze takim podlotkiem i jedna kobieta tu z Ostrego Barda (nie pamiętam jej nazwiska), mówi: „Aniu, jaki ty masz piękny głos!” Byłam taka dumna, miałam może 14-15 lat. A już się śpiewało, bo co niedziela chodziło się z rodzicami do cerkwi i cały czas się śpiewało. Teraz jak sobie pomyślę, to wiem, że było to coś wspaniałego. Dla nas cerkiew jest wszystkim. Śpiewamy, bierzemy we wszystkim udział, mamy chyba najlepszego księdza, organizuje nas – naprawdę jest wspaniały! I dalej żeby tak było. No, trudno, że nie ma ludzi. Ale my jesteśmy. Nasza wspólnota to my, wszyscy ludzie.
– Władek Kijko. Cerkiew powstała w 1957 roku. Ja jestem rocznik 1954. Miałem chyba 6-7 lat i byłem tu ministrantem. Jako jeden z pierwszych. Tu mieszkałem z rodzicami, z dziadkami. Teraz mieszkam w Bartoszycach, poza Ostrym Bardem, a tu została ziemia, kuźnia – muzealna. Wszystko jest jeszcze swojej roboty – i kowadła, i miechy, i narzędzia, którymi się pracuje – wszystko jest. Myślę, że może kiedyś pójdzie do muzeum. Tu jest moja szkoła, do której chodziłem – pisać uczyli, czytać po ukraińsku, to dla dzieci było to. Ja tu jestem prawie co drugi dzień.
– To tak jakby pan nigdy nie wyjechał.
– Tak. Tu jest ziemia, tu zrobiłem sobie takie pomieszczenie – dwa pokoje z kuchnią, z wodą, z ogrzewaniem – ze wszystkim. I staw na ryby.
– Dorota Sycz. Dla mnie osobiście, to ja już tutaj mieszkam… przyszłam w 1993 roku. Dla mnie ta cerkiew jest bardzo ważna, bo… zaraz mogę trochę… (powstrzymywane łzy), bo ja tu dużo przeżyłam, doświadczyłam – mogę tak powiedzieć – opieki Matki Bożej i Jezusa. Bo byłam w ciężkiej sytuacji zdrowotnej i dzięki chyba temu… bo przyszłam ze szpitala i… no, takie doświadczenie przeżyłam tu w cerkwi. Bardzo takie ważne. Potem jeszcze raz. Z ks. Julianem też było to związane. On chorował, przekazałam mu to, też mocno przeżyłam. Dla mnie to jest bardzo ważne. Cerkiew. I święto też. Miałam dobrych teściów. Mama, czyli moja teściowa, żyła trochę dłużej, teść bardzo krótko, bo byliśmy ze Stefanem trzy lata gdy teść umarł. Ale wszystko idzie dobrze, jestem obecnie na emeryturze, mój mąż na rencie i tak tu mieszkamy, poprawiamy, przywykliśmy tu i jesteśmy szczęśliwi.
Ostre Bardo położone jest tuż przy granicy z rosyjskim agresorem. Idąc tu od Bartoszyc widać ją z drogi w odległości kilku metrów. Jak żyją Ukraińcy w takim sąsiedztwie?
– Wcześniej, jak nie było zasieków, to tak się nie odczuwało. A teraz jak zrobili, to zaczęłam odczuwać taki niepokój. A wcześniej nic nie było. Nawet jak zaczęła się wojna, to było smutno, ale jakoś się tego nie odczuwało, gdy nie było zasieków. Teraz ten niepokój jakiś jest.
A czego nasza rozmówczyni z okazji święta życzy sobie i wiernym ostro-bardzkiej parafii?
– Dla swoich parafian, którzy tu mieszkają – zdrowia. Żeby częściej przychodzili do cerkwi, żebyśmy się razem modlili. I żebyśmy każdej niedzieli mieli dużo gości. W każdą niedzielę żeby przyjeżdżali ludzie. Nie tylko my tu, z najbliższych okolic. Żeby było nas coraz więcej.
Duchowe życie nierozerwalnie związane jest z doczesnym. Mieszkańcy Ostrego Barda podkreślają, że władza mogłaby usłyszeć ich prośby o remont drogi do wsi i świątyni. Do tego zrobił w swoim słowie w cerkwi aluzję i proboszcz, mówiąc, że dziury robią szlachetnym tylko ser szwajcarski:
– Może kiedyś przyjdzie taki czas, że będziemy mieć swoją drogę, bo ja tu jestem ponad 30 lat, to taką drogą cały czas dojeżdżałam do pracy. Cały czas! A ostatnie lata były takie, że 10 km/h to było za szybko. I prosiliśmy, i pisaliśmy, i może ludzie nie chcą przez to przyjeżdżać do nas. Mieliśmy i turystów wielu, i rowerami – bo jest taka dobra ścieżka rowerowa, bo nie ma ruchu aż takiego. Ale ludzie też jeżdżą i też potrzebują. Po tylu latach przydałoby się wreszcie i nam, bo skoro płacimy podatki i tak się staramy…
O podzielenie się refleksjami Grzegorz Spodarek poprosił też byłego proboszcza, obecnie protoihumena OSBM w Polsce, jeromonacha Igora Harasyma:
– Gdy byłem tu proboszczem to… zostałem księdzem w 1988 roku i pod koniec 88-go przyjeżdżałem tu razem z biskupem Juszczakiem, który jeszcze tu był. To były Asuny, Ostre Bardo i Bartoszyce. A potem to była powtórka z rozrywki to było od 91 do 98. Ale ja wtedy też byłem w Ostrym Bardzie. Myślę, że to takie miłe uczucie. Raz, że wspólnota jest mi znana, z którą pracowałem dziewięć lat. To jest spory kawał czasu. Sądzę, że te małe parafie na wsiach to są skazane (na zanik). Na podstawie takich moich badań socjologicznych, które prowadziłem kilka lat temu w Asunach, to za dwadzieścia lat zostaną tylko pojedyncze rodziny. Koro młodzież szuka pracy, zarobku, to nie będzie tu mieszkać. Zostają rodzice, dziadkowie. Na 20-30 lat można jeszcze liczyć, o ile są młodzi. Bo jeśli nie będzie młodzieży, dzieci,bo widzę tu kilka młodych osób. Ale trzeba też pamiętać o tym, że przyjeżdżają z Bartoszyc do Ostrego Barda i z Ostrego Barda do Bartoszyc. I tak samo jest z Kętrzynem i Asunami.
– Dlatego proboszcz mówił, że to są jakby dwa punkty jednej parafii.
– I ja się z tym zgadzam. Tak właśnie jest.
Proboszczem w Ostrym Bardzie i Bartoszycach był też wcześniej ks. Paweł Staruch:
– Ostre Bardo to była parafia w latach… teraz dokładnie nie pamiętam, bo pierwsze moje parafie to było Chrzanowo, Wydminy, Giżycko. Po dwóch latach funkcjonowania tam zostałem przeniesiony do Bartoszyc i Ostrego Barda. To był jakiś 98 rok. Tutaj też nie byłem długo, bo w zależności od potrzeb zwierzchnicy zmieniali duszpasterzy. Wtedy chyba było trochę więcej ludzi. Teraz tych, których pamiętam też bardzo miło było spotkać podczas święta parafii. I teraz można by powiedzieć, że świątynia jest w lepszym stanie technicznym, niż wówczas. Ponieważ nie byłem tu długo, to tylko zrobiono remont wieży. A teraz widzę, że jest zrobiony dach i wieża jest w lepszym stanie. Tak więc o świątynię stale trzeba dbać. Święto to taki szczególny dzień dla parafii. To święto wszystkich parafian. W zależności od tego, pod jakim wezwaniem jest świątynia, w tym czasie to święto się odbywa. To jest docenienie obecności parafian poprzez obchodzenie święta parafii.
Święto parafii w Ostrym Bardzie zakończyło się wspólnym poczęstunkiem w miejscowej świetlicy. A tam, gdzie zbierają się Ukraińcy, tam nie może zabraknąć śpiewu:
(-)
W ciągu całego czasu istnienia Związku Radzieckiego specsłużby, czyli KGB, prowadziły robotę dywersyjną w obozie kapitalistycznych krajów zachodnich. W celu osłabienia przeciwnika prowadzone były działania dywersji ideologicznej. Polegały one na demoralizacji, deprecjacji wartości, polaryzacji i atomizacji społeczeństwa. Strategia ta była zaplanowana na dziesięciolecia, co najmniej na 25-30 lat, czyli czas, potrzebny na wychowanie całego pokolenia. Na początku lat 1970-tych agent KGB Jurij Bezmenow, który pracował w korpusie dyplomatycznym ZSRR w Indiach, uciekł do Ameryki. Tam zaczął wyjaśniać społeczeństwu amerykańskiemu metody działania komunistycznych specsłużb. Metody te dokładnie opisał w swojej książce „Love letter to America”, która ujrzała świat w 1984 roku. Książka ukazała się też w języku polskim pod tytułem „Agentura wpływu. Tajniki działalności wywrotowej KGB”. Sergiusz Petryczenko rozmawiał o książce z prof. Markiem Melnykiem z UWM. Proponujemy państwa uwadze pierwszą część tej rozmowy:
(-)
– Trzymam w rękach książkę, którą napisał Thomas Schuman, czyli Jurij Biezmienow, były agent KGB, któremu udało się ucie na Zachód. W Ameryce w połowie lat 80-tych opowiadał on, tłumaczył społeczeństwu amerykańskiemu jak działa agentura wpływu KGB, jak oni destabilizują społeczeństwo. Rozmawiam z prof. Markiem Melnykiem z UWM, proszę, jak może pan skomentować tę książkę, tę informację?
– Bardzo dziękuję za to pytanie, za to, że dał mi pan takie zadanie – odnieść się do takich wspomnień agentów – radzieckich agentów, czy to GRU, czy też innych tajnych służb imperium komunistycznego. Jurij Biezmienow to nie pierwsza i nie ostatnia osoba, która porzuciła Związek Radziecki i zaczęła mówić prawdę o jego tajnych służbach. Na początek chcę zwrócić uwagę, że wszyscy ci ludzie – i Jurij Biezmienow również – to byli ludzie, którzy na początku uwierzyli w ideologię komunistyczną. To byli ludzie (i są) inteligentni. Tajne służby wybierają ludzi nieprzypadkowych, tam nie można samemu zgłosić się do pracy. Oni muszą znaleźć sami. To są ludzie nieprzypadkowi, którzy mają specjalne zdolności, żeby na przykład manipulować innymi ludźmi, werbować, zdobywać tajne informacje. My to wszystko wiemy, ale w tym wypadku mamy do czynienia z człowiekiem, który zaczyna tracić wiarę w tę ideologię, w ten kraj; bardzo często bywa tak, że przeżywa jakiś kryzys. Warto o tym pamiętać. Tu mamy w rękach tę książkę, przetłumaczoną na język polski „Agentura wpływu. Tajniki działalności wywrotowej KGB”. Ci ludzie przestali po prostu widzieć sens swojej pracy jako – no, właśnie: kogo? Człowieka, który kłamie, manipuluje, bardzo często niszczy życie innych ludzi. Oczywiście, oni to robili dla dobra idei komunizmu. Warto o tym pamiętać, że na przykład KGB – dzisiejsze FSB – Rosji, to była instytucja, mająca na celu szerzenie ideologii komunistycznej. Oni byli tym narzędziem rewolucji, światowej rewolucji. W tym był sens istnienia ZSRR. Zgodnie z ideologią komunizmu – Marksa, Engelsa, Lenina, również Stalina, a potem Breżniewa, Związek Radziecki miał doprowadzić do panowania komunizmu na całym świecie. My dzisiaj trochę o tym zapominamy, bo wydaje się nam, że ideologia komunistyczna przepadła, ale chcę zwróci uwagę na to, że Chiny istnieją, Wietnam istnieje, Kambodża istnieje, Laos istnieje, Kuba istnieje, Nikaragua istnieje… To są kraje, gdzie ideologia komunizmu istnieje. Pamiętajmy, że Chiny to kraj komunistyczny, który osiągnął ogromny sukces gospodarczy i chce zmienić równowagę sił na świecie. Chce doprowadzić do zniszczenia hegemonii USA i cywilizacji Zachodu. I ta ideologia istnieje, ona w praktyce nie została zniszczona. Dlatego uważam, że takie wspomnienia są aktualne, to nie jest coś z przeszłości, to tylko świadek historii. Nie. Takie wspomnienia, powiedzmy w 10% są aktualne do dzisiaj. Dlatego, że te metody, właśnie dezinformacji, osłabienie morale jakiejś wspólnoty, jakiegoś narodu, struktury, są uniwersalne. Dlatego warto czytać takie prace, bo możemy zrozumieć to wszystko, co dzieje się dzisiaj.
O efektach wywrotowej działalności rosyjskich specsłużb wspomina w swoim komentarzu także Stefan Migus:
– Gdańska radna Sylwia Cisoń z Koalicji Obywatelskiej, szefowa biura posłanki na Sejm Barbary Nowackiej opisała w sieciach społecznościowych incydent, który przeżyła w taksówce, gdzie rzekomo zastosowano wobec niej gaz pieprzowy po bójce. I któż by to mógł zrobić, jeśli nie kierowca Ukrainiec, oczywiście? Jednak wydanie Trojmiasto.pl zdobyło nagranie z kursu, na którym słychać, jak kobieta w bardzo wulgarny sposób i to w obecności swoich dzieci, obraża kierowcę. Kierowcę – Ukraińca. Cytuję: „Jak się nie orientujemy, to trzeba k… wracać do swojego kraju, a nie k… być w kraju, w którym się nie zna języka i się nie wie jak jechać!”, – krzyczała ta pani. Kilka godzin później polityczka opublikowała oświadczenie, w którym oznajmiła, że wstrzymała swoje członkostwo w klubie radnych i radzie miejskiej do czasu wyjaśnienia tej sprawy. Według relacji kierowcy sprzeczka wynikła na samym końcu trasy, gdy po wymianie zdań radna uderzyła go po plecach. Po tym on użył wulgarnych słów, przez o pasażerka go opluła. Gdy odpowiedział, radna podeszła do auta, więc kierowca w obawie przed atakiem fizycznym, użył gazu pieprzowego. Sprawą zajęła się policja. Niestety, to nie jest jedyny i nie tylko w Gdańsku wypadek, obwiniania i ataku słownego i fizycznego na Ukraińców. W Olsztynie często można usłyszeć od kobiet z Ukrainy, że w sklepach, po tym jak powiedzą coś po ukraińsku, słyszą „rady” – i przeważnie od starszych kobiet – „Ukraińska k…, wynoś się na swoją Ukrainę!”. To zobojętnienie i wzrost nienawiści do Ukraińców, którzy znaleźli sobie ochronę przed wojną wśród Polaków po prostu poraża. I to staje się coraz bardziej niebezpieczne. W Ukrainie toczy się straszna wojna, każdego dnia ginie i zostaje rannych wielu cywilów, nie mówiąc o wojskowych. Po Polsce błąkają się putinowskie drony, co może świadczyć o tym, że międzynarodowy zbrodniarz i morderca nie zatrzyma się na Ukrainie, a pokojową umowę o pokoju podpisze dopiero wówczas, gdy zdoła zwyciężyć. Tak więc końca tej wojny nie widać. Tylko czekać, jak putinowska orda z barbarzyńcami Łukaszenki spróbuje zdobyć Przesmyk Suwalski, albo wejść do Polski ze strony Królewca. A Europa i Ameryka nie poszły dalej niż deklaracje o wspieraniu Ukrainy i zbyt małej (moim zdaniem) pomocy w postaci broni – rakiet i pocisków. Tymczasem to Ukraina proponuje swoją profesjonalną pomoc w walce z moskiewskimi dronami, które są początkiem ataku na kraje NATO – Polskę, Bułgarię czy Rumunię. A o panu Trumpie to już nawet mówić się nie chce. A tym bardziej – liczyć na niego. Ostatnio spłodził kolejną „mądrość”: „Do tanga trzeba dwojga”, – powiedział. „Ci dwaj – Zełenski i Putin – nienawidzą się i zdaje się, że przyjdzie mi siedzieć z nimi w jednym pokoju, dlatego że oni nie mogą przebywać w pokoju we dwóch. Tak wielka jest między nimi nienawiść.: – dziwi się pan Trump. On mógł zatrzymać tę okropną wojnę już dawno, ale na pierwszym miejscu stawia biznes i Putina. Dlatego trudno się dziwić, że znowu w przestrzeni publicznej pojawiają się sensacyjne informacje o agencie KGB – Krasnowie, którym miałby być pierwszy obecnie Amerykanin. A wszystkim tym, którym obecnie Ukraińcy w Polsce przeszkadzają, radzę obejrzeć wstrząsającą wystawę „Oczy wojny” – o wojnie w Ukrainie, która jeszcze do 24 września dostępna jest na Starym Mieście w Olsztynie przy bibliotece wojewódzkiej.
(-)
O tej wystawie już opowiadał w naszej audycji Grzegorz Spodarek, a przed nami – krótka wizyta w ZSzUJN w Górowie Iławeckim. O pierwszych dniach w szkole po wakacjach opowiadają sami uczniowie:
(-) Audycja szkolna z Górowa (o pierwszych dniach w szkole w nowym roku szkolnym)
Natomiast teraz poproszę pierwszego nauczyciela ukraińskiej szkoły w powojennej Polsce, pana Aleksandra Hnatiuka, o kolejną porcję wspomnień o tym, jak wyglądało szkolne życie jego i jego uczniów na samym początku. Co prawda, dzisiaj będzie więcej o jego życiu osobistym:
– Czy pan też mieszkał w Baniach?
– Nie. Nie mieszkałem. Przyjeżdżałem do mamy w gości bardzo często. Ale mój syn Taras urodził się w Baniach, bo żona pierwszego syna urodziła w szpitalu w Bresku i nie była zadowolona. A w Baniach była porodówka. I pojechała do mamy i tam urodziła mi syna Tarasa. Przy czym imienia Taras nie było na liście imion dozwolonych, ale Kontrolewicz w tym czasie był tam… nie wiem, jakimś szefem w każdym razie i dla niego to nie było obce imię, więc zapisał. Przy czym moja żona była Polką.
– I zgodziła się na to imię?
– Bez problemu. Ona w ogóle bardzo lubiła ukraińskie pieśni i śpiewała pięknie. I wyszywała. Bardzo dużo wyszywała.
– To może ona nie była Polką? 🙂
– Ona była Polką z tej Strzeżyny, w której mama była nauczycielką.
– To, zaraz… kto kogo wybrał: ona pana, czy pan ją?
– Ja ją. Ja ją, jeszcze nie wiedząc, że będę miał możliwość pracować wśród Ukraińców. Ona jeszcze potem, gdy pojechałem do Łabunia – ona pracowała w szpitalu w Radomiu – to musiała jeszcze trzy miesiące zostać tam dopracować. I przyjechała do mnie – akurat przyjechała wtedy, gdy napadli na moje mieszkanie.
– To wy oboje byliście wtedy w tym mieszkaniu!
– Oboje. I oni mi bardzo pomogli.
– Dlaczego?
– Bo ona z wielką sympatią zaczęła odnosić się do Ukraińców. Zobaczyła, że…
– …że to co oficjalne niezupełnie jest prawdziwe.
– Tak. I mówię – ona wyszywała, śpiewała, rozmawiała po ukraińsku. Gdy pojechałem z nią do Lwowa, to mego taty siostra mówi do mnie: „Przecież pisałeś, że się z Polką ożeniłeś! A ona po ukraińsku rozmawia”. Bez żadnego akcentu! Bardzo dobrze rozmawiała. Inna rzecz, że miała okazję bo mieszkaliśmy w szkole, gdzie języka polskiego nie było słychać. Ale chciała! I nauczyła się. W domu z dziećmi, w obecności dzieci rozmawialiśmy wyłącznie po ukraińsku. Gdy byliśmy sami, to wtedy czasem rozmawialiśmy po polsku, ale w obecności dzieci… dlatego moje dzieci swobodnie władają językiem ukraińskim.
To jeszcze nie koniec wspomnień pana Aleksandra Hnatiuka, czekamy na ciąg dalszy.
(-)
Pożegnanie
14.09.2025 – godz. 20.30 (opis do dźwięku)
Dziś w audycji usłyszymy wolontariuszy z naszego regionu, niedawno wyróżnionych we Lwowie. Zabierzemy Państwa także na ukraiński Festyn Ludowy w Asunach. Nasz komentator, Stefan Migus, przygotował przegląd najważniejszych wydarzeń. Sięgniemy też po kolejny fragment wspomnień pierwszego ukraińskiego nauczyciela w Polsce – Aleksandra Hnatiuka. A na koniec opowiemy o wystawie „Oczy wojny”, którą można zobaczyć w Olsztynie.
To wszystko już za chwilę – w języku ukraińskim. Zapraszamy!
/muzyka/
Informację o nagrodach dla naszych wolontariuszy od ukraińskiego Ministerstwa Obrony już słyszeliście w naszej audycji. Teraz oddajemy głos samym wolontariuszom. Mówi Stepan Melnyk:
Nagrodę odbieramy dla całego naszego kolektywu. Dla wszystkich, którzy nam pomagają i wszystkich, którzy – jak to mówią – trzymają za nas kciuki. I za każdy kolejny raz, zbierają pieniądze, które wpłacają do kościoła, a my dzięki temu możemy kupować potrzebne rzeczy.
I chcę z tego miejsca bardzo podziękować wszystkim, którzy do tej pory są z moim konwojem, z konwojem Jacka Starucha, który zawsze wyjeżdża i szczęśliwie wracamy do tej pory. Czasami było trochę strasznie, trochę nieprzyjemnie, ale jakoś wszyscy się trzymają, modlą się za nas i szczęśliwie wracamy do domu.
Gdyby ktoś chciał was wesprzeć, to co jest najbardziej potrzebne i jak to można zrobić?
Wiadomo, tak jak do tej pory zbieramy te paczki, i ostatnio okazało się, że bardzo potrzebne są mokre chusteczki i jedzenie.
Tak że można bezpośrednio do mnie się zwracać, można bezpośrednio do kościoła się zwracać. Jak ktoś nie wie, co kupić, to może wpłacać na konto kościelne z dopiskiem „pomoc dla Ukrainy”. I my z tych środków wszystko zbieramy, kupujemy potrzebne rzeczy, plus potrzebne nam pieniądze na paliwo, i jedziemy zawieźć.
Przejazdy, wyjazdy będą aż do…?
Trudno to powiedzieć, nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale z tego, co widzimy i słyszymy, to szybko się nie skończy.
Tu widzimy ogrom pogrzebów, jak byliśmy dziś na cmentarzu – mnóstwo świeżych grobów. To właśnie ci bohaterowie chcą zachować niepodległość Ukrainy, a tym bardziej niepodległość Europy. Dla mnie to jest najważniejsze, żeby to się skończyło i żeby to nie przyszło do nas.
Ale mamy też tutaj wolontariuszy – nie tylko z kościoła, ale również Polaków, którzy w ogóle nie mają ani krwi, ani ukraińskiego pochodzenia. I oni bardzo mi pomagają, wiedzą, że to, co robią, to słuszna sprawa. I mówią: dopóki Stefan będziesz jeździł, będziemy ci pomagać cały czas. I to są ludzie różnych zawodów – od prokuratorów po zwykłych, którzy prowadzą biznes.
I łączę tych ludzi razem, i – jak to mówią – jeździmy, wozimy i będziemy wozić dalej.
/muzyka/
Ze Stefanem jeździłem ponad dwadzieścia razy. Jestem Roman Bronowski. Ale robi się to spontanicznie. Z potrzeby, jak patrzyłem na tych ludzi, którzy przychodzili, dzieci przechodziły przez granicę – tak jakoś u nas, jak to powiedzieć, taka chęć pomocy powstała.
Otrzymałeś nagrodę – to chyba miły moment?
Wiesz co, te nagrody to nie o to chodzi. My, przykładowo, jak jeździmy z pomocą do tych ludzi, którzy naprawdę jej potrzebują, jak do sierot – jeśli popatrzymy na te dzieci, które straciły rodzinę…
Przywozimy jakieś drobne prezenty czy coś. Jak patrzymy na ich twarze, że są szczęśliwe, to takie baterie nam się ładują. To jest najlepsza nagroda na świecie, jaka może być.
A który z tych momentów, jak wracasz z danego wyjazdu, jest dla ciebie najważniejszy, że czujesz: „OK, zrobiłem dobrą robotę”?
Chyba każdy wyjazd coś w sobie ma. Na przykład z różnymi ludźmi, z którymi jeździłem – każdy wyjazd coś innego przynosi.
Poznajesz nowych ludzi i widzisz, jak ludzie pomagają Ukrainie. Tak naprawdę, gdyby nie wolontariat, to Ukrainy by chyba nie było – tak myślę. Bo to, co widzimy, jak ludzie pomagają, to nie tylko z Polski. Spotykaliśmy ludzi z Finlandii, Anglii, Niemiec, którzy przywożą samochody. To coś niesamowitego. Bardzo mocne emocje były, kiedy odbywały się pogrzeby w kościele św. Piotra i Pawła, jak wynosili trumny – było ich sześć. Wtedy były takie emocje, że zdajemy sobie sprawę, że ta wojna naprawdę istnieje. Nie da się tego powiedzieć słowami. Trzeba być w tym miejscu i w tej godzinie, żeby zobaczyć, jak to się dzieje.
Wśród nagrodzonych był także Piotr Puszkar z Pieniężna.
Piotr Puszkar:
Tę nagrodę dedykuję swojemu ojcu. A co to dla mnie znaczy? Może nie zrobiliśmy tam bardzo dużo, ale było bardzo miło odebrać ją z takich rąk. Prosto z Kijowa, z dowództwa. Bardzo przyjemnie było to usłyszeć.
Do wzruszenia przyszła łza, popłynęła.
Bierzesz udział w różnych transportach wolontariackich. Co tobą kieruje? Miłość do państwa, miłość do niebiesko-żółtej flagi, miłość do Ukrainy.
Tu nie trzeba motywacji. To wychodzi prosto z serca. Motywacja była, jest i będzie. Ci ludzie po prostu… uderza mnie ich wytrwałość.
A z drugiej strony widać u nich nadzieję, że ta walka nie idzie na marne.
Robisz też zdjęcia – co chcesz przekazać?
Emocje. Emocje u ludzi, emocje u mnie. To trudne, bardzo trudne.
Robiłem pejzaże, portrety rodziców i inne. Ale tam to jest zupełnie inna fotografia. To jest fotografia emocji. To nie jest reporterskie.
Reporter robi serię, a tam trzeba podejść do ludzi, zapytać, czy można zrobić zdjęcie. Wojna jest, oni się boją, oswoili to. To mnie nastawia, że robię coś potrzebnego.
Że pokazuję te emocje. Kadry przejdą w telewizji i po 15 minutach już wszyscy o tym zapomną. A takie zdjęcia emocjonalne – one może przypomną o tej wojnie w Polsce, bo widzimy, jakie są nastroje.
Oczywiście, te nastroje są powodowane przez Rosjan. Ale jestem bardzo zadowolony, że te emocje wydobyłem z ludzi – tak można kolokwialnie powiedzieć – i przywiozłem tutaj, pokazałem w mediach społecznościowych, przez dziennikarzy. I to jest bardzo ważne dla mnie, nie tylko dla mnie, ale i dla nas wszystkich.
Jak daję te zdjęcia na Facebooku, to ludzie bardzo życzliwie reagują. Także emocjonalnie, ci, którzy to widzą.
Gotowy na kolejny transport?
Oczywiście. Telefon i zawsze jestem gotowy. Do tego jeszcze wrócimy i wtedy przedstawimy wam opinie tych, z którymi nasi wolontariusze współpracują w Ukrainie.
Ludowy festyn w Asunach wspólnie zorganizował oddział olsztyński i miejscowe koło Związku Ukraińców w Polsce, Urząd Gminy Barciany oraz Gminny Ośrodek Kultury w Barcianach. „Asuniada” została poświęcona Dniu Niepodległości Ukrainy. W tym roku wydarzenie połączono z oficjalnym otwarciem i poświęceniem miejscowej świetlicy, która służy również społeczności ukraińskiej.
Po oficjalnym powitaniu głos zabrała wójt gminy Barciany Marta Kamińska.
/Marta Kaminska – wypowiedz w j.polskim/
Wśród nagrodzonych znaleźli się: Alina Kaczmar, Anna i Iwan Służała, Zenowij Szczudło, Zenon Jankiw oraz były wójt Łukasz Wiśniewski. Uczestnicy minutą ciszy uczcili ofiary wojny w Ukrainie oraz zmarłych ukraińskich liderów i działaczy z regionu – Myrona Sycza, Antona Starucha i Bohdana Kaczmara.
W ramach tegorocznej „Asuniady” odbyła się także dyskusja z wolontariuszami z Olsztyna – Stepanem Melnykiem i Pawłem Herczakiem. Powrócimy do niej jeszcze w naszych audycjach.
Nieodłączną częścią takich wydarzeń jest zawsze wspaniała ukraińska muzyka. O nią zadbali goście z Ukrainy oraz nasze lokalne zespoły – Szarawary i Horpyna. Na scenie wystąpili również artyści z Gminnego Ośrodka Kultury – zespół Bartowe i solistka Neti. Zabawę poprowadził zespół Awanti – polsko – ukrainski.
/muzka/
Przegląd ciekawych wydarzeń z ostatnich dni przygotował dla Państwa Stefan Migus:
Prawie 20 i prawie bez przeszkód moskiewsko-ordyńskich dronów wleciało na terytorium Polski, także w okolicach Elbląga. Poderwane do lotu lotnictwo NATO zdołało zestrzelić jedynie 4 moskiewskie „ptaszki”.
Niebezpieczeństwo czuć nawet z zamkniętymi oczami i uszami. A NATO jedynie konsultuje. Ameryka tradycyjnie obiecuje ochronę i wsparcie dla Warszawy.
Pomoc Polsce zaproponował prezydent walczącej z Moskwą Ukrainy, powołując się zarówno na doświadczenie w zestrzeliwaniu setek ordyńskich dronów na dobę, jak i na fakt, że Ukraina ma odpowiednią broń do tego celu. Wtedy nie trzeba by używać rakiet i samolotów wartych po kilka milionów dolarów.
Pierwszy gospodarz już płonącego polskiego domu, deklarując najwyższe wsparcie dla armii i zapewniając, jak twierdzi, o poparciu równie pierwszego gospodarza amerykańskiego Białego Domu i NATO, tworzy kolejne ustawy, które mają utrudnić życie ukraińskim kierowcom w Polsce. Chce bowiem, aby przede wszystkim polscy obywatele-kierowcy prowadzili polskie ciężarówki, a nie obywatele Ukrainy. Z niejednego źródła wiem, że polskie firmy transportowe szukają kierowców ze świecą i nie mogą znaleźć ich wśród swoich.
Więc zatrudniają Ukraińców. Jeśli ta ograniczająca ustawa prezydenta Karola Nawrockiego wejdzie w życie, polskie firmy transportowe będą miały wszelkie szanse zakończyć swoją działalność. Na to tylko czeka konkurencja z Europy Zachodniej, która, nawiasem mówiąc, nie zabrania Ukraińcom pracować, a raczej odwrotnie – niemal tuż przed moskalskim atakiem dronami na Polskę, polski prezydent w Litwie i innych krajach bałtyckich oraz w Finlandii, które jednoznacznie i stanowczo wspierają Ukrainę w jej walce z moskiewsko-azjatycką pychą, apelował o niezgadzanie się na wejście Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO.
Atak moskiewskich dronów na Polskę został wzmocniony także ciągłym kłamstwem putinowskich bandyckich pachołków-propagandystów, że niby to drony na Polskę wysłali nie Rosjanie, lecz Ukraińcy. Rekordowa fala nastrojów antyukraińskich w Polsce pojawiła się już po wecie Nawrockiego w sprawie 800+. Teraz ona jeszcze rośnie, bo na oba słowa znaleźli się, i to niemało, ludzie, którzy chcą wierzyć w moskalską propagandę dotyczącą dronów.
Mamy najnowsze dane dotyczące nastrojów antyukraińskich – pisze internetowy portal ONET+. Weto prezydenta wobec ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy wywołało największą falę nastrojów antyukraińskich, jaką kiedykolwiek obserwowano w Polsce. Tylko w ciągu jednego tygodnia w internecie – pisze ONET – powstało tyle samo antyukraińskich postów, ile wcześniej średnio w ciągu miesiąca.
Anna Mężyńska z Google News również twierdzi, że poziom wrogości wobec Ukraińców w Polsce gwałtownie wzrósł. Dane internetowe nie pozostawiają wątpliwości. W dniu ogłoszenia decyzji prezydenckiej w internecie opublikowano co najmniej 4675 negatywnych wzmianek o Ukrainie i jej narodzie.
Następnego dnia było ich jeszcze więcej – ponad 5300. Cóż, ten, komu na tym zależy, zaciera ręce na moskiewskich bagnach i szykuje kolejne niespodzianki dla sąsiadów Ukrainy. A co na to NATO? NATO konsultuje zamiast działać. Ukraina zwycięży – Sława Ukrainie. Wasz komentator – Stefan Migus.
A teraz kolejny fragment opowieści pierwszego ukraińskiego nauczyciela w Polsce Aleksandra Hnatiuka:
Z mamą pojechała pani Katarzyna Nykyruj, której wcześniej nie znalem. Wtedy jeszcze miała nazwisko Piddubczyszyn. One razem pojechały i dostały posadę w Strzerzynie, pracowały 10 lat. Była to wieś kompletnie spalona. 10 lat tam stał front. Była to wieś między dwoma ;asami – w jednym byli Niemcy a w drugim „czerwoni”. Z wioski została tylko jedna kura, a wczesniej Niemcy wszystkich mieszkańców wysiedlili. Została ta kura i jeden komin. Jakoś przeżyła, potem była trochę ślepa. Ludzie mieszkali w ziemiankach. Na początku budowali obory, stodoły, gospodarcze budynki. Mama z panią Katarzyną zamieszkała w oborze. Postawili komin, zrobili okno w drzwiach i tak żyli przez rok czasu. Ja z bratem pojechaliśmy do powiatu Zamojskiego do ciotki, która była tam nauczycielką. Brat mieszkał u niej bezpośrednio. Ciotka miała tylko jeden pokój. Ja poszedłem do internatu prowadzonego przez oo. Bernardynów. Przez rok. Potem w Strzerzynie postawili barak w którym były klasy i mieszkania. Mama tam zamieszkała z panią Katarzyną. Później kiedy miałem jechać do Wielkiego Łabunia mama powiedziała – jedź. Mama pracowała tylko jedną stację pociągiem ode mnie. Mam powiedziała jedź – jeżeli wyjdzie, że przez rok czasu ciebie tam jakoś tolerują to i ja pojadę do ukraińskiej szkoły. Na początku mama przy pomocy pana Siwickiego pojechała do Bań Mazurskich razem z panią Katarzyną. To był 1958 r. Ja zacząłem w 1957 r. a mama rok później w Baniach.
Tak się zaczynała ukraińskie szkolnictwo. Wielka zasługa w tym była p. Siwickiego. To był naprawdę bardzo aktywny człowiek i może dlatego często narażał się władzy. Później wyrzucili go z redakcji.
W Olsztynie przed Starym Ratuszem Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej do 24 września można zobaczyć wyjątkową plenerową wystawę „Oczy wojny”. To poruszająca opowieść o doświadczeniu wojny w Ukrainie, ukazana przez obiektywy polskich fotoreporterów. W ramach uroczystego otwarcia ekspozycji odbyło się spotkanie z Magdaleną Rigamonti – dziennikarką, laureatką Nagrody im. Henryka Panasa i członkinią Press Club Polska, która podzieliła się m.in. swoimi refleksjami na temat wymiaru informacyjnego wojny Putina:
Magdalena Rigamonti – wypowiedź PL
W odpowiedzi na pytanie o idę stworzenie takiej wystawy zauważyła:
Magdalena Rigamonti – wypowiedź PL
Pożegnanie
07.09.2025 – godz. 20.30 (opis do dźwięku)
Naszą audycję rozpoczęło ostródzko-olsztyńskie trio TOJA, chociaż sam Muzyczny Festiwal Narodów Europy „Pod wspólnym niebem”, który minionej niedzieli odbywał się w ostródzkim amfiteatrze, otworzył chór mniejszości niemieckiej „Nidzica” hymnem UE. Tego dnia minęło równo 45 lat od „Porozumień Sierpniowych”. O tym mówił ze sceny burmistrz Ostródy Rafał Dąbrowski:
(-) wypowiedź w języku polskim
Chociaż festiwal muzyczny powinien darować radość, było niemało pieśni, mówiących o krwawej wojnie w Ukrainie. Wiele osób twierdzi, że Putin osiągnął efekt odwrotny od zamierzonego, bo chciał wynarodowienia Ukrainy, a w rezultacie Ukraińcy nową falą wracają do swojej kultury, tradycji, korzeni. Na przykład Karina Kasumowa, która przyjechała do Olsztyna z Charkowa, uciekając przed wojną, tu pielęgnuje rodzime tradycje. Bardzo wymownie wybrzmiała w jej wykonaniu pieśń „Rodzie mój piękny”:
(-)
I choć koncert trwał kilka godzin, byli tacy widzowie, którzy wytrwali do samego końca. Zapytałam pana Wiesława o jego ocenę festiwalu:
(-) wypowiedź w języku polskim
Tegoroczne wakacje przeszły do historii. Szkolnym, a wcześniej państwowymi (polskim i ukraińskim) hymnami rozpoczął się nowy rok szkolny 2025-2026 w ukraińskiej szkole w Górowie Iławeckim. W dwóch klasach liceum i jednej szkoły podstawowej naukę rozpoczyna 40 młodych ludzi. Właśnie pierwszoklasistów w sposób szczególny witała dyrektorka, Maria Olga Sycz:
– powitanie uczniów
Wśród rodziców, absolwentów tej szkoły, był między innymi Marek Kędzierski:
– Twój syn zaczyna, ty kiedyś zaczynałeś, ukończyłeś; jakie to jest uczucie – być jeszcze raz w tej szkole?
– Nie bardzo pamiętam – mnie rodzice przywieźli do tej szkoły, kazali się uczyć i tak tu zostałem. Ale to była jedna z lepszych decyzji w ich życiu, że dali mnie do tej szkoły, że mogłem poznać tu swoją kulturę, zobaczyć co to jest muzyka, tak przy muzyce minęło mi prawie 20 lat. Nauczyciele wszyscy tu są znajomi – jedna wielka rodzina. A jak mój syn podejdzie do tej sprawy to jego sprawa, oby wyniósł stąd jak najwięcej.
– To był jego pomysł, żeby tu przyjść, czy tata pomógł podjąć decyzję?
– Sam. Do końca nie wiedział gdzie ma pójść, ale na koniec powiedział, że chce tam gdzie tata się uczył. Teraz tu jest wszystko na wysokim poziomie, wszystko nowe. Ja tę szkołę pamiętam z innych czasów. Myślę, że lepszych.
– Bo???
– Bo była większa dyscyplina. Była stara szkoła, stary internat, trzeba było ziemniaki obierać, na stołówce mieć dyżury, węgiel ładować – wiele innych rzeczy.
– Chcesz powiedzieć, że nam było lepiej, bo mieliśmy ciężej???
– Tak! Bo psychika, ciężka praca kształtuje charakter. Myślę, że kiedyś było lepiej.
Pracę nauczycielki fizyki w górowskiej szkole rozpoczęła w tym roku Ołena Petryczenko z Ukrainy. Jest przed nią trudne zadanie – zainteresować uczniów tym przedmiotem. Może jej się to udać, biorą pod uwagę, z jaką pasją o nim opowiada. Ale gdy wspomina swoich uczniów i kolegów-pedagogów z Ukrainy – trudno jej opanować emocje:
– Bo kto tę fizykę albo matematykę lubi? Jak pani to zrobi, żeby uczniowie polubili? Czy można to w ogóle zrobić?
– Oczywiście, że można! Najwięcej zapamiętują, gdy razem z nauczycielem robią też coś własnymi rękami, nie tylko rozwiązują zadania. Jakieś ćwiczenia, jakieś prace laboratoryjne. Żeby nauczyciel nie był tylko „nadzorcą”. Żeby był kontakt w obie strony. A to najlepiej się udaje, gdy nauczy ciel siada i coś majstruje własnymi rękami, jakieś wspólne eksperymenty robią. Jeśli oczywiście pozwala na to czas, urządzenia, a przede wszystkim – chęć dzieci. Co da młodemu człowiekowi fizyka? Miłość do przyrody, fizyka to jest nauka przyrodnicza. Przyroda wokół nas to wszystko jest fizyka. Jak można nie lubić przyrody? Lubimy tęczę, deszcz (a czasami nie lubimy), lubimy płatki śniegu – a to wszystko fizyka. Dlatego trzeba lubić, trzeba rozumie co jest wokół nas. Jak będzie pan rozumiał, to będzie pan lubił. Widzi pan śnieżynkę? A to jest fizyka. Skrystalizowała się woda – a dlaczego tak, czemu akurat w ten sposób? To wszystko jest fizyka. Pracowałam w Charkowie w gimnazjum nr 169. pracowałam od 2001 roku do początku wojny. A jak wybuchła wojna to razem z córką zmuszona byłam opuścić Ukrainę, od kwietnia 2022 roku znajduję się w Polsce, ale nie miałam możliwości pracować w oświacie. Pracowałam fizycznie w różnych miejscach, ale nareszcie teraz mogę wrócić do zawodu. W nauczaniu miałam trzy lata przerwy, dlatego jest mi trudno z różnych przyczyn. Wie pan, dzisiaj stoję na apelu, wspominam swoją szkołę, gdzie przepracowałam 20 lat… dzisiaj moi koledzy tam… też mają początek roku, ale zdalnie… dlatego, że w Charkowie, rozumie pan – jest niebezpiecznie. Dlatego szkoła funkcjonuje, pracuje, ale zdalnie. Takiego święta nasze dzieci niestety nie mają. Ale bardzo się cieszę, że wróciłam do oświaty. Mam nadzieję, że potrafię znaleźć kontakt i siły w sobie.
– Mamy nadzieję, że w Ukrainie też wreszcie wojna się skończy i będzie normalnie.
– Dziękuję! Też mam taką nadzieję.
(-)
Do górowoiławeckiej i sąsiedniej – bartoszyckiej – szkoły na pewno zajrzymy jeszcze w ciągu roku szkolnego nie raz, a na razie wszyscy czekamy na nowe materiały od naszych szkolnych dziennikarzy radiowych. Ich opowieści zawsze z przyjemnością prezentujemy w naszych programach. Wspominamy też jak tworzyło się szkolnictwo ukraińskie w powojennej Polsce. Opowiada pierwszy nauczyciel, od którego wszystko się zaczęło, pan Aleksander Hnatiuk. W pierwszym roku wszystkie klasy, wszystkich przedmiotów uczył sam! Jeden! Bo nie było jeszcze kadry nauczycielskiej. W drugim roku zrobiło się nieco lepiej:
– Wtedy takim pierwszym nauczycielem już w szkole na etacie był Eugeniusz Nakonieczny. Fajny Ukrainiec i jako nauczyciel – super człowiek. Niesamowicie dobrze mi się z nim współpracowało. Co prawda, co jakiś czas zapraszano go „na kawę” do Łobezu, ale ja o tym wiedziałem, on mi mówił, że jest „zaproszony”. Gdy wracał z Łobezu, to opowiadał mi, że głównym tematem rozmowy byłem ja – ode mnie chcieli… nie wiem co chcieli o mnie znaleźć.
– No, tak się właśnie zastanawiam: dlaczego był Pan taką solą w oku dla nich?
– Może dlatego, że po wysiedleniu nas…
– …właśnie – gdzie was wysiedlili?
– Wysiedlili nas do powiatu kętrzyńskiego, to takie miasteczko… To miasteczko wyzwolił jakiś radziecki oficer i od niego nazwę dostało.
– Dlaczego pytam? – bo ja też jestem z tych stron, pochodzę z Bań Mazurskich.
– Wiem! O tym akurat wiem. Ale to nie, to trochę od Bań daleko było. Może sobie potem przypomnę. W każdym razie tam mama potem… krótko tam mieszkaliśmy… bo potem mama była nauczycielką, jak zapewne pani wie…
-… i też w Baniach!
– Nie, jeszcze do Bań daleko! Dostała posadę tam w powiecie kętrzyńskim. No ale też ci „goście” odwiedzali mamę, chcieli żeby mama z nimi współpracowała, rozpracowywała naszych księży. W końcu mamę zaaresztowali. Tydzień trzymali, a my, dzieci, zostaliśmy sami, bez chleba nawet. Tydzień mamę trzymali, to było w Kętrzynie. Po tygodniu wypuścili, ale pod warunkiem, że mama podpisze zgodę na współpracę. Mama to zrobiła. Dostała pierwsze zadanie – „opracować” jednego z naszych księży. Pojechała do niego i wszystko szczerze mu o wszystkim powiedziała. on podyktował mamie „donos” na siebie.
– A może pan powiedzieć, co to był za ksiądz?
– Już dokładnie nie pamiętam. W każdym razie mama wysłała pocztą ten „donos”, a jedna z sióstr mamy kiedyś pracowała w Kielcach. Przed wojną pracowała w Kielcach, bo wie pani, nauczycielom-Ukraińcom nie pozwalano pracować ze swoimi.
– Wiem.
– No właśnie. A bardzo chętnie dawali posady daleko od Ukrainy. I ona dostała posadę w Kielcach. A w Kielcach pracował też Ukrainiec oprócz niej i wkrótce zostali małżeństwem. I tam w Kętrzynie urodziło się im dwóch synów. I ta ciocia miała znajomych nauczycieli z Kielc, między innymi okazało się, że później jeden z nich został kuratorem w tym czasem. Ona skontaktowała się z tym kuratorem, a on mówi: „Nauczycieli nam brakuje, nie ma problemu”.
(-)
Pod koniec sierpnia Olsztyn odwiedzili przedstawiciele obwodu tarnopolskiego, a konkretnie – tamtejszej władzy samorządowej, żeby zapoczątkować drogę do współpracy z polskimi partnerami. Miałam możliwość porozmawiać z nimi na początku ich pobytu:
– Rusłan Kułyk, kierownik departamentu współpracy międzynarodowej i promocji tarnopolskiej rady obwodowej. W obwodzie tarnopolskim jest 55 gmin (hromad), postawiliśmy sobie takie zadanie, żeby każda gmina Tarnopolszczyzny miała partnera nie tylko za granicą, ale żeby miała partnera w Polsce. Dlatego jesteśmy tu z delegacją obwodu tarnopolskiego, przedstawicielami gmin, rozmawiamy o przyszłej współpracy i bardzo miło, że jest już rezultat takiej współpracy. W najbliższym czasie listy intencyjne zostaną podpisane w ambasadzie Ukrainy w Warszawie – między dwiema gminami Tarnopolszczyzny i dwiema gminami województwa warmińsko-mazurskiego. Ze strony polskiej będzie to gmina Braniewo i Bisztynek, a z ukraińskiej, z tarnopolskiej będzie to Skałat i Trybuchiwci. Jeśli mówimy o współpracy między naszymi krajami, to gdy przeanalizujemy te zwycięstwa, które były naszym udziałem, to były to zwycięstwa, gdy byliśmy razem. Gdy mówimy o porażkach, które były u nas czy u was, to były porażki, gdy byliśmy po różnych stronach. Dlatego głównym celem jest pamiętać swoją historię, powinna ona być zbudowana na wspólnych zwycięstwach i powinniśmy mówić nie o przeszłości (oczywiście, bez przeszłości nie ma przyszłości), ale powinniśmy tworzyć i pisać wspólną historię, która powinna bazować się na wspólnych historycznych zwycięstwach. Gdy mówimy o zwycięstwach, to mogą one być różne – w dziedzinie ekonomiki, kultury, jak również takie, o jakim wiemy i wierzymy, że będzie to zwycięstwo nad naszym wspólnym wrogiem. Bo znajdujemy się blisko granicy, gdzie do naszego wspólnego wroga jest kilkadziesiąt kilometrów. Ale jesteśmy razem i rozumiemy, że zwycięstwo będzie nasze.
– Co daje taka współpraca, jak odczuliście to gdy zaczęła się wojna?
– Wie pani, wojna zastała każdego z nas w różnym momencie. My na przykład w pierwszych godzinach wojny byliśmy w drodze z naszym przewodniczącym rady obwodowej do Kijowa. Planowaliśmy w przyszłości taką konferencję, planowaliśmy robić dużą promocję obwodu tarnopolskiego dla ambasad różnych krajów, które są w Ukrainie. Ale niestety, przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów i musieliśmy zawrócić. Nie wierzyliśmy, że jest wojna, w swoich głowach myśleliśmy, że to może będzie jakaś eskalacja na pewnych odcinkach frontu. I gdy wróciliśmy na swoje miejsca pracy, to na nas czekały listy od naszych partnerów – z podkarpackiego i lubelskiego województw, z którymi obwód tarnopolski ma umowy o partnerstwie i współpracy – w których było napisane: „Czego potrzebujecie?”. I takie same listy przyszły do każdej gminy obwodu tarnopolskiego – od ich partnerów z Polski. I nie tylko z Polski, od różnych partnerów zagranicznych. I ja osobiście już następnego dnia jechałem na granicę, otrzymywałem pewną pomoc. I to było takie niezwykłe! Dlaczego? Dlatego, że wówczas nie było żadnych pytań od służby celnej, od innych służb. Wszystko odbywało się szybko. Nawet gdy wypadł mi pewien towar, którego nie mogę wymienić, to celnik od razu odwrócił się, udając, że tego nie widział. Tam było napisane „żywność”, ale to nie była żywność. I to jest takie dziwne, bo dzisiaj przekraczasz granicę i stoisz 3-5 godzin na granicy – są zupełnie inne stosunki.
O komentarz do nawiązania nowej współpracy poprosiłam wojewodę warmińsko-mazurskiego Radosława Króla:
(-) wypowiedź w języku polskim
(-)
I jeszcze kilka przemyśleń od naszego komentatora Stefana Migusa na temat bieżących wydarzeń:
– We Lwowie pochowano zabitego na zamówienie moskiewskich bandytów byłego przewodniczącego Rady Najwyższej i jednego z najbardziej znanych polityków współczesnej Ukrainy Andrija Parubija. Jego zabójca z sprzedawczyk Mychajło Scelnikow, niestety – lwowianin, ale moskal z pochodzenia, tłumacząc motywy zbrodni, jak na spowiedzi wyznał, że zabił go na zamówienie rosji i teraz czeka na wymianę. Tak więc zamawiający zbrodnię obiecali mu, że wyciągną go z kłopotu. Być może wpiszą go na listę wymiany w najbliższym czasie. Morderca próbował robić z siebie kochającego ojca, który strzelając do patrioty ukraińskiego Andrija Parubija, niby to chciał sprowadzić z FR na Ukrainę ciało syna, który jeszcze w 2023 roku zginął pod Bachmutem w walce z moskalami. W rzeczywistości drogi ojca i syna (którego matka jest Ukrainką) rozeszły się już wtedy, gdy chłopak, nie słuchają go, poszedł bronić Ukrainy. Zresztą zabójca był dwukrotnie rozwiedziony i nawet na dzieci z drugiego małżeństwa nie dawał ani grosza. Spokojny głos putinowskiego zabójcy podczas przesłuchania i pewność, że rosja go uratuje, brzmi jak zaproszenie do następnych zabójstw. Nie bez powodu latami chodzą legendy o tak zwanych „listach Portnowa”, które były prawnik Janukowycza układał akurat pod pełnoskalową agresję dla rosji, która tych Ukraińców miała likwidować w pierwszej kolejności. Na listach były adresy patriotów, aktywistów, wojskowych, dziennikarzy. Zaczęto ich wynajdywać i zabijać. Przypomnijmy choćby Irynę Farion i ały szereg innych. Moskowia to kraj bandycki, który nie gardzi najpodlejszymi metodami. Zabijała ukraińskich patriotów w pierwszej połowie XX wieku; wspomnijmy Paryż, Monachium, Rotterdam… A co już mówić o radzieckich łagrach i więzieniach, w których ginęły tysiące patriotów ukraińskich. Przypomnijmy chociażby Wasyla Stusa, który zginął 4 września 1985 roku. Tymczasem prezydent Ameryki Donald Trump uważa, że rosyjski dyktator, międzynarodowy zabójca Putin i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński nie są jeszcze gotowi do uregulowania pokojowego. Ależ putin zawsze jest gotowy! Pod warunkiem, że oddadzą mu Ukrainę, wprowadzą język rosyjski i moskiewską sprzedajną cerkiew, nasyconą fsb-esznikami. Główny mieszkanie Białego Domu po raz kolejny zaznaczył, że pozostaje oddany dążeniu do porozumienia pokojowego między Rosją i Ukrainą. Mówi jedno, a robi drugie – choćby przyjmując zbrodniarza putina jak imperatora na Alasce. Tymczasem w ostatnich dniach w Paryżu znowu spotkała się koalicja chętnych, gotowa pomagać Ukrainie. Chciałoby się dodać do tej koalicji słowa rezultatywna i efektywna. Sąsiedzi znajdującej się w niedoli Ukrainy obojętnieją i starają się wstrzymywać pomoc uchodźcom wojennym. Dla wielu sąsiadów ważniejsze jest zwycięstwo w przyszłych wyborach, przez co powtarzana jest brzydka retoryka z czasów choćby komunistycznych, gdzie na wszystkie strony straszono banderyzmem, czerwono-czarnymi flagami i nacjonalizmem. Na razie ciągle nie boją się moskiewskich ordyńców. A to jest największe zagrożenie, przed którym Europę jeszcze chronią za cenę życia młodych ludzi ukraińscy bohaterowie. Ukraina zwycięży. Chwała Ukrainie. Wasz obserwator.






















