Audycje w języku ukraińskim – październik 2026

Korzenie, które łączą (26.09.2026 r.). Fot. G. Spodarek
Audycje w języku ukraińskim dotyczą życia tej mniejszości na Warmii i Mazurach oraz uchodźców, którzy przyjechali po wybuchu wojny w Ukrainie. Zbieramy codzienne informacje, poruszamy także tematy kulturalne i religijne. To doniesienia nie tylko z Polski, ale również prosto z Ukrainy!
Audycji można słuchać od poniedziałku do piątku o godzinie 18.10 oraz w każdą sobotę o 10.50. Emitowane są z nadajnika w Miłkach koło Giżycka na 99,6 FM.
Natomiast wszyscy słuchacze z regionu mogą posłuchać magazynu „Od niedzieli do niedzieli” na 103,2 FM w każdą niedzielę o godzinie 20.30. To zbiór najciekawszych informacji z całego tygodnia. Zapraszają Jarosława Chrunik i Grzegorz Spodarek.
- 27.10.2026 – godz. 18.10
- 26.10.2026 – godz. 18.10
- 25.10.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 23.10.2026 – godz. 18.10
- 22.10.2026 – godz. 18.10
- 21.10.2026 – godz. 18.10
- 20.10.2026 – godz. 18.10
- 19.10.2026 – godz. 18.10
- 18.10.2026 – godz. 20.30 – magazyn
- 16.10.2026 – godz. 18.10
- 15.10.2026 – godz. 18.10
- 14.10.2026 – godz. 18.10
- 13.10.2026 – godz. 18.10
- 12.10.2026 – godz. 18.10
- 11.10.2026 – godz. 20.30
- 08.10.2026 – godz. 18.10
- 07.10.2026 – godz. 18.10
- 06.10.2026 – godz. 18.10
- 05.10.1026 – godz. 18.10
- 04.10.2026 – godz. 20.30 – Magazyn
- 02.10.2026 – godz. 18.10
- 01.10.2026 – godz. 18.10
11.10.2026 – godz. 20.30 (opis do dźwięku)
Prowadzenie – G Spodarek
Dziś odwiedzimy Elbląg i Srokowo, gdzie ukraińska kultura łączy młode pokolenia. Spotkamy się też z zespołem DagaDana i porozmawiamy o muzyce oraz tradycji. A to wszystko już za chwilę w języku ukraińskim!
/muzka/
Ponad 80 uczniów uczących się języka ukraińskiego w naszym regionie wzięło udział w warsztatach zorganizowanych przez Elbląski Oddział Związku Ukraińców w Polsce.
Na uczestników czekały ciekawe zajęcia, nowe doświadczenia i dobry nastrój. Jak to wszystko wyglądało? Opowiedzą o tym sami uczestnicy warsztatów medialnych. Na początek usłyszą Państwo w ich wykonaniu krótką rozmowę z wyjątkowo ciekawym zakończeniem. Szczególnie cieszy nas to, że dorasta nowe pokolenie młodych ludzi, którzy chcą spróbować swoich sił przed mikrofonem:
Przyjedziesz w przyszłym roku, jeśli mama będzie chciała.
Nazywam się Tatiana, jestem z Pasłeka – Na razie mieliśmy tylko haftowanie i podobało mi się. No, takie ciekawe.
Bardziej lubię rysować. Czekam na wszystkie zajęcia, bo jestem ciekawa, jak to będzie wyglądało.
Tutaj znajdujemy się na zajęciach, podczas których możecie trochę porozmawiać do mikrofonu. Zobaczycie, jak ta praca wygląda od środka. Tak że korzystajcie z okazji. Czy dziennikarz jest potrzebny w życiu? Bardzo.
No to dobrze.
Szymon: opowiada różnym ludziom o tym, co się na przykład wydarzyło.
Piotr Stechnacz – Opowiada różnym ludziom, co i jak robić. Tak, jest mi to potrzebne.
Na przykład, żeby ogłosić, że nadchodzi wojna. Trzeba wtedy spakować plecak ewakuacyjny i uciekać.
No na przykład, nie wiem, może ogłaszać jakieś wiadomości. Nie wiem, na przykład jeżdżę na hulajnodze elektrycznej, ale to nielegalne.
Nazywam się Lena. Jestem z Lelkowa. Myślę, że dziennikarstwo to bardzo dobry kierunek i jest ciekawe. Można rozmawiać z wieloma osobami i dowiadywać się, co dzieje się w okolicy.
Ola z Lelkowa:
Jeśli chodzi o dziennikarstwo, to już pisałam do szkolnych gazetek i tak dalej. Napisałam jedną na 80-lecie szkoły.
Korzystamy ze starych gazetek szkolnych. Można było znaleźć w nich bardzo dużo informacji. Teraz również piszemy taką typową gazetkę szkolną.
Co miesiąc zamieszczamy aktualności i różne inne rzeczy. Gdyby zabrakło internetu, gdyby coś się stało i nie byłoby do niego dostępu, to skąd czerpalibyśmy informacje? Z gazet.
Czy nasze najmłodsze pokolenie znajduje coś interesującego w haftowaniu? Jak dzieci do tego podchodzą? Rozumiem, że robicie wszystko, żeby je zainteresować.
Oksana Karpenko:
Oczywiście, robimy wszystko, żeby je zainteresować. Na tych warsztatach są osobiście również moje dwie córeczki.
Przez cały tydzień przygotowywałyśmy się w domu, wspólnie haftując. Moje dzieci były zainteresowane. Dzisiaj zajęcia przebiegały na tyle ciekawie, że zainteresowali się nimi nawet chłopcy.
Może nie wyszło im tak, jak by chcieli, ale było ciekawie i nawet chłopcy haftowali. Mnie osobiście haftowanie bardzo uspokaja, bo haftuję w domu. Sam efekt też daje satysfakcję, bo później można tym ozdobić dom albo coś na siebie założyć. Mam piękną haftowaną sukienkę, którą zakładam tylko na święta.
Szyjesz? Okej. A co szyjesz?
Amelka – Kwadrat, bo naprawdę nie wiem, co wyhaftować, więc szyję kwadrat.
A w ogóle podoba ci się to? Super. A pierwszy raz trzymasz igłę w rękach? Często coś zmieniałam, często zaszywałam na przykład dziury albo coś takiego. Lepiej szyć niż zaszywać.
Alla. Fajnie, można się czegoś nauczyć i zrobić coś fajnego. A na jakieś inne zajęcia też czekasz? Chyba jeszcze na śpiewanie.
Maria Hubacz. Bardzo mi się podoba, kiedy haftujemy. Haftujemy serce.
Anna Wasiak Tolkmicko:
Jeśli chodzi o to, na czym się znam, to pokazywałam niektóre błędy, które trzeba poprawić. Zwracałam uwagę na to, czy dzieci dobrze wykonują pracę, czy wkładają igłę we właściwym kierunku — z prawej, z lewej czy od spodu.
Tak że ja tylko pokazuję i właściwie pomagam im wykonywać krzyżyki. Chodzi o to, żeby doprowadzić do tego, by wiele dzieci kiedyś samo haftowało.
A co panią zainteresowało w haftowaniu i kiedy to się zaczęło?
Oj, zainteresowałam się haftowaniem, kiedy moja mama haftowała i pokazywała mi, jak to robić.
Ja również byłam wtedy mała, chodziłam do szkoły podstawowej. Też próbowałam. Nie zawsze wychodziło mi to tak dobrze, jak chciała mama.
Tak samo jest teraz tutaj. Dzieciom nie zawsze wychodzi wszystko tak, jak chciałyby osoby, które im pokazują, jak haftować. Ale właśnie taką drogą, poprzez błędy, nauczyłam się haftować. Później, już jako dorosła osoba, nadal to robię.
Bardzo mnie to zainteresowało, ponieważ kolory są piękne, a stroje ludowe bardzo ładne. To właśnie mnie tak zaciekawiło. Pokazywałam haftowanie również swoim dzieciom. Haftowali nawet moi synowie, a mąż też dla mnie haftuje.
Tak że w naszej rodzinie zainteresowanie haftowaniem było naprawdę bardzo duże.
Maria Futrega, punkt nauczania języka ukraińskiego w Pasłęku:
Myślę, że dla dzieci najważniejszy jest kontakt z innymi — wspólna zabawa i rozmowy.
Takie spotkania są im potrzebne, bo poza zajęciami po prostu spędzają razem czas w salach, bawią się.
Olga Chrybek – nauczycielka języka ukraińskiego w Elblągu:
Patrząc na to wszystko, myślę, że najważniejsza jest praca polegająca na tym, by w ogóle czymś te dzieci zainteresować.
W czasach takiego postępu technologicznego, kiedy mamy telefony komórkowe, internet i komputery, bardzo trudno przyciągnąć dzieci do czegoś innego. Najważniejsze jest to, żeby były tutaj razem, żeby się poznały i zintegrowały. Dzięki temu mogą też odnaleźć w sobie trochę ukraińskiego ducha.
Mam nadzieję, że coś z tego trafi do ich serc i głów, choćby w niewielkim stopniu.
Iwanka Hnatiuk-Kazanowska, szkoła podstawowa w Godkowie:
Myślę, że takie wydarzenia jak dzisiejsze warsztaty to wspaniała rzecz, ponieważ dzieci poznają się i integrują. Nie są zamknięte tylko we własnym kręgu, w swojej szkole czy grupie dzieci uczących się języka, ale poznają również inne dzieci.
Na przykład moja grupa przyjeżdża tutaj już od kilku lat. Dzieci pytają: „Proszę pani, czy mogę zamieszkać w pokoju z koleżankami, które poznałam w ubiegłym roku?”.
Widać więc, że dzieci nie tylko poznają naszą ukraińską kulturę, ale również poznają siebie nawzajem. Lubią spędzać razem czas, a te relacje zabierają ze sobą do domu i pielęgnują je w swoich środowiskach, w punktach nauczania, w cerkwi i podczas różnych wydarzeń.
Swoimi refleksjami dzieli się również przewodniczący Elbląskiego ZUwP Mirosław Prytuła:
Mnie chyba nie odpowiadałyby zajęcia artystyczne, ponieważ mam zdolności manualne i wydaje mi się, że w tej dziedzinie jestem najbardziej uzdolniony. Szukałbym inspiracji również z myślą o przyszłości. Kiedy jestem w szkole podstawowej, myślę już o szkole średniej i o swoim zawodzie. Szukałbym czegoś dla siebie w dziedzinie dziennikarstwa i aktorstwa.
Moje życie zawodowe również potoczyło się w tym kierunku. Mój zawód wymaga odpowiedniej formy wypowiedzi, pracy ze słowem, ale także umiejętności aktorskich.
Zauważam, że młodsze dzieci są chyba bardziej skupione. Później, z moich obserwacji wynika, że im starsze jest dziecko, tym bardziej potrzebuje indywidualnej relacji, autorytetu, uwagi i empatii. Potrzebuje relacji między nauczycielem a uczniem, opartej na wzajemnym zrozumieniu.
Dlatego zapraszam osoby bardzo kreatywne i znane w środowisku. Dzięki temu przez dwa dni pracujemy z przyjemnością, radością i energią.
Do warsztatów w Elblągu jeszcze będziemy wracać w naszych audcyjach.
A teraz przeniesiemy się do Srokowa, które już po raz 31. stało się miejscem otwarcia sezonu kulturalnego Ukraińców na Warmii i Mazurach. Uroczysty koncert odbył się pod hasłem „Korzenie, które łącz ludzi”. Refleksje organizatorów rozpoczniemy od słów przewodniczącej srokowskiego koła Związku Ukraińców w Polsce, Bogusławy Tabaki:
Zobaczyć zespół Czeremosz, te tańce dzieci i trochę starszych, bo Czeremosz to nie jest tylko młodzież, są tam również dzieci i starsza młodzież. Zobaczyć chłopaków, którzy przyjechali z Gdańska specjalnie do nas, a także te nasze dzieci ze szkoły podstawowej. One mają bardzo dużo odwagi, żeby wyjść na scenę – właśnie to jest nasz główny cel. A jeszcze – zjednoczyć naszych Ukraińców, pokazać im, że nadal istniejemy i chcemy to robić, kontynuować to, co było kiedyś. Pamiętam, że kiedy byłam mała, na wydarzeniach było bardzo dużo ludzi. Teraz części już nie ma, część – mówiąc dobrze – poradzi sobie, i beze mnie też będzie. Ale nie, będziemy robić to tak długo, jak będziemy mieć na to siły. No i wiele zależy od finansów. Ale na szczęście tutaj, na miejscu, nie jest z tym najgorzej. Dzięki pani wójt i pani dyrektor domu kultury. Dobrze tutaj współpracujemy i kiedy chcemy coś zrobić, one nam pomagają.
Nazywam się Iwanka Oryńczak – jestem byłą nauczycielką szkoły w Srokowie, obecnie jestem emerytką:
Takie wydarzenie ma ogromne znaczenie, ponieważ, tak jak ja, zaczynaliśmy organizować pierwszy koncert ze starszym pokoleniem, które wprowadzało nas w te sprawy organizacyjne. To daje nam dużo energii. Jednoczy nas, nie ma nas tutaj wielu, ale mimo wszystko mamy okazję się spotkać, zobaczyć, porozmawiać, omówić nasze osiągnięcia, porozmawiać o naszych problemach. To jest taka gwiazda naszego środowiska. Mamy swoich artystów. Jesteśmy z nich bardzo dumni, ponieważ jest to już kolejne pokolenie, które przejmuje tę wiedzę, kulturę i pieśń.
Katarzyna Sadowska – wójt gminy Srokowo:
/wypowiedź PL/
Wśród honorowych gości tegorocznego święta była również konsul Ukrainy w Gdańsku Switłana Krysa:
Tylko poprzez kulturę możemy pokazać, że jesteśmy narodem, który chce jedności, chce niezależności i chce być wolny.
Najważniejsze dla każdego narodu, niezależnie od tego, czy są to Ukraińcy, Polacy, czy jakiś inny naród albo kraj, jest to, że wszyscy chcą pokoju i spokoju, ponieważ tylko w pokoju i spokoju dzieci mogą spokojnie przychodzić na świat, kultura może spokojnie istnieć, nauka może się rozwijać, a ludzie mogą spokojnie żyć. Bo kiedy jest wojna, stan psychiczny ludzi jest tak przygnębiony, że nie są w stanie ani tworzyć, ani wymyślać niczego nowego. Kiedy człowiek cały czas żyje w stanie lęku, tylko pokój i spokój mogą dać naszym ludziom spokojne i pokojowe życie.
/muzyka/
Niedawno — podczas 660-lecia podolsztyńskich Dywit — wystąpił polsko-ukraiński zespół DagaDana. Muzycy współpracują i koncertują już od 18 lat. To, co początkowo miało być jedynie krótkotrwałym projektem, ostatecznie stało się sposobem na znalezienie swojego miejsca na polskiej i ukraińskiej scenie.
Tak się złożyło, że zarówno Daga Gregorowicz — pochodząca z Wielkopolski, jak i Dana Winiсka — z Iwano-Frankiwszczyzny — dostrzegły piękno i niezwykłą mądrość w pieśniach ludowych obu narodów. I choć w swojej twórczości łączą różne kierunki muzyczne, polskie i ukraińskie pieśni naszych przodków zawsze zajmują ważne miejsce w ich repertuarze.
Ważne jest to, że na nowo odkrywając głębię dziedzictwa poprzednich pokoleń, dzielą się tą wiedzą i sztuką ze swoimi słuchaczami. Swoimi przemyśleniami, a także wspomnieniami z dzieciństwa artystki podzieliły się z nami po koncercie w Dywitach.
Daga powiedziała o mądrości naszych przodków, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. Bo właśnie chciałam zapytać, jesteście bardzo młodymi ludźmi, a tak często sięgacie do pieśni ludowych. Dlaczego? Co w nich znajdujecie?
Od dzieciństwa żyję w aktywnym śpiewaniu pieśni ludowych. Miałam szczęście, mogę to powiedzieć z pewnością, urodzić się w takiej rodzinie, w której wszyscy śpiewali. Byliśmy biedną rodziną, nigdy nie mieliśmy żadnego majątku, ale byliśmy i jesteśmy niezwykle szczęśliwymi ludźmi, ponieważ mieliśmy siebie nawzajem. Mój dziadek został zesłany razem z babcią, tam się poznali w obozie.
Moja mama spędziła pierwsze 15 lat swojego życia w obozie pracy niedaleko Chin, w Kraju Nadmorskim. I wydaje mi się, że to, o czym mówiłyśmy wcześniej, że muzyka była terapią — ja po prostu często, kiedy myślę o swoich bliskich, to nie jest jakaś odległa, histeryczna przeszłość, to jest moja mama, moja babcia z dziadkiem, muzyka była tym, co ich ratowało. Mój dziadek, kiedy wrócił, pozwolono im wrócić w czasie odwilży już na swoje ziemie, teraz nie podam dokładnych lat, tak, po latach 50., czyli to było gdzieś w 65. roku, chyba, jakoś tak.
Kupił sobie samouczek i nauczył się grać na skrzypcach. W domu spotykaliśmy się w każdą niedzielę, babcia zawsze robiła pierogi z ziemniakami i rosół, jedliśmy, delektowaliśmy się, a potem rozmawialiśmy o swoich sprawach dnia codziennego i zawsze śpiewaliśmy na głosy. To nie było tylko na Boże Narodzenie czy na jakieś święta, była to taka nasza stała praktyka, w ogóle zawsze śpiewaliśmy.
Śpiewali babcia z dziadkiem, potem nasi rodzice, a my z bratem również od dzieciństwa. Mieliśmy już to szczęście, że mieliśmy możliwość zdobycia wykształcenia muzycznego. Oboje ukończyliśmy szkołę muzyczną, ja potem poszłam dalej, doszłam do akademii muzycznej, mam dyplom kompozytora i w zasadzie komponowanie pozostało u mnie aktywne do dziś. No ale śpiewanie pieśni ludowych, mogę powiedzieć, wyssałam z mlekiem matki.
Dziadek również śpiewał nam wiele kołysanek, co było ciekawe. Opowiadał bajkę o kozie Teresie, przy czym mówił to tak aktorsko, że prosiliśmy dziadka wiele razy wieczorem, znaliśmy na pamięć każdą intonację, każdą frazę, ale było to tak wspaniałe, że opowiadał nam to wiele, wiele razy, aż sam zdążył zasnąć. I na kołysankę śpiewał nam bardzo straszną historię, tak naprawdę.
Była to piosenka „Serbianka Serbineczka «Weź mnie za żonę»”. A tam Serbianka mówi: jak mogę cię wziąć? Musisz zaczarować męża. A kobieta mówi: nie umiem czarować, matka mnie nie nauczyła.
On mówi: no, tam na łące jest kalina, na kalinie jest godzina, na godzinę słońce piecze, z godziny sok płynie. Weź sobie tego soku i zaczarujesz swojego męża. Ona wzięła ten sok, zaczarowała swojego męża.
I potem znowu przychodzi do Serba, a Serb mówi: nie mogę cię wziąć, już umiesz czarować. Taką piosenkę dziadek śpiewał nam jako kołysankę. Dla nas w dzieciństwie nie było to wtedy straszne, ale po prostu pokazuje to, że pieśni ludowe są również zapisem, zapisem tego, co było normalne, co działo się w społeczeństwie.
Czasami są to dla nas porady na albumie. Na ostatnim pojawiła się piosenka „Hóla-hóla”, to piosenka pochodząca z Wielkopolski, rozmowa mamy z córką. I w ogóle teraz, wyprzedzając trochę temat, często, nawet będąc już w XXI wieku, Daga mówiła o komunizmie i o disco polo.
Mamy teraz sztuczną inteligencję, daleko nie trzeba szukać. Nawet dzisiaj słyszeliśmy już piosenki stworzone przez sztuczną inteligencję i robi to na nas, muzykach, bardzo negatywne wrażenie, bo to dewaluje wiele rzeczy, upraszcza, spłaszcza. Natomiast w kulturze ludowej jest cały wszechświat, w którym jest i dobro, ale pokazane są też jakieś przestrogi i straszne, często tragiczne historie.
Dlatego jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy możemy, nawet w XXI wieku, ze wszystkimi wygodami współczesnego świata, na chwilę uciec do tej starej, zakonserwowanej rzeczy, która jest taka sama, jaka była 100 lat temu. I co najciekawsze, nigdy nie traci swojej siły. No właśnie, nie traci siły, chociaż jest zakonserwowana, ale żyje.
Ale żeby to zrozumieć, trzeba się zagłębić. Tak jak Daga powiedziała, że każda z was chciała w pewnym momencie pochwalić się tym, co ma, co jest jej. Ale to też trzeba znać, tak jak Ukraina ma wiele regionów, tak samo Polska.
Myślę, że wzajemnie zapoznajecie się z tymi regionami, z gwarami, tak jak była piosenka kurpiowska, jakaś wielkopolska, tutaj warmińska. Myślę, że tak jest, no, ty też zawsze musisz się w to zagłębiać, prawda? I skąd? No, ten muzyk, bo ty jesteś radiowcem. Myślę, że bez radości nie byłoby pracy.
Szukamy razem tradycyjnej muzyki polskiej. U mnie wiedza była bardzo skąpa. Tak, tak, tak, na początku było, znałam kilka piosenek, które śpiewano w moim domu.
W Polsce nie uczy się tradycyjnej muzyki w szkołach. Tak jak mówiła, wspólne śpiewanie bardzo zanika. I było mi wstyd, że nie znam pieśni ludowych.
Jak tylko usłyszałam, że gdzieś jest obóz wielkopolski, czyli właściwie taka letnia szkoła tradycji, usłyszałam o tym w radiu, zapragnęłam tam pojechać. I już od 2015 roku jeżdżę regularnie nie tylko na obóz, ale w ogóle w tamtą społeczność. I też ludzie już mówią, że jestem biskupianką, że na tę biskupiznę jeżdżę.
Legendą tej sceny muzycznej, tej żywej tradycji, jest pani Ania Chuda, która w tym roku świętowała swoje 80. urodziny, a duchem jest 20-latką. Czy też pan Franciszek Jesiak, który ma już ponad 90 lat. Moi dziadkowie już jakiś czas temu zmarli.
Widzę w nich swoich dziadków, cały czas żywych. I za każdym razem, kiedy tam jeżdżę, a jeżdżę w miarę regularnie, to albo się z nimi widzę, ale mam też wielu przyjaciół i zawsze wspólnie śpiewamy. Dopiero co wróciłam z Biskupizny, gdzie 80 kilogramów śliwek przerobiliśmy w miedzianym kotle i śpiewaliśmy piosenki biskupiańskie.
I mówiąc tym przykładem, chcemy, chcemy, żeby spełniały się dobre życzenia. I tak też się dzieje. Bo kiedy ludzie śpiewają, kiedy gromadzą się razem, to już dzieje się coś dobrego.
I w takich małych, różnych gestach chcemy tę tradycję kultywować. Zgodnie też z nami samymi, którzy jesteśmy dziećmi XXI wieku. I przeżywamy też ten świat na swój sposób, podróżując. Naszym rodzicom nie było dane tak podróżować, zobaczyć tyle świata, co nam.
Wydaje mi się, że te pieśni, gdyby wtedy była taka możliwość podróżowania, też brzmiałyby zupełnie inaczej. Oczywiście, też byłyby bardziej wymieszane. Widzimy, że i w Polsce, i na Ukrainie pieśni się przenikały.
Czasami można spotkać ten sam tekst w innej melodii albo w tej samej melodii spotkać różne zwrotki. To zawsze była wymiana. I tradycja zawsze była żywa, i jest, i miejmy nadzieję, będzie.
Ogłoszenia:
W parafii św. Włodzimierza i Olgi w Wydminach 17 października odbędzie się „Spotkanie dla kobiet — droga do wewnętrznej harmonii i głębokiego spotkania z Bogiem”. Wydarzenie organizuje eparchia olsztyńsko-gdańska Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. W programie — Boska Liturgia, nauki duchowe i refleksja, wspólna modlitwa, warsztaty, czas na rozmowę oraz indywidualne spotkanie duchowe.
Udział wymaga wcześniejszej rejestracji pod numerem telefonu: 570 502 571.
Pożegnanie
04.10.2026 – godz. 20.30 – Magazyn (opis do dźwięku)
Audycja 4 października 2026 r. godz 20 30 – Magazyn
Powitanie
(-)
Koncertem galowym zakończyły się dzisiaj XXV Międzynarodowe Koncerty Muzyki Cerkiewnej. Wczoraj zaproszone chóry prezentowały swój kunszt artystyczny w Węgorzewie i Giżycku, natomiast dzisiaj śpiewały liturgie i koncerty w mazurskich świątyniach, głównie greckokatolickich. W Giżycku w cerkwi greckokatolickiej w południe została odprawiona archijerejska Boska Liturgia oraz modlitwa – Panachyda – za obrońców Ukrainy, poległych w wojnie rosyjsko-ukraińskiej. Liturgię śpiewał chór „Vesnivka” oraz Ukraiński Kameralny Chór Męski z Toronto.
Międzynarodowe Koncerty Muzyki Cerkiewnej zakończył dzisiejszy koncert galowy w kościele św. Brunona w Giżycku. Wystąpiły tam wszystkie chóry, które uczestniczyły w XXV Międzynarodowych Koncertach Muzyki Cerkiewnej. Ich organizatorem jest Zarząd Mazurskiego Oddziału Związku Ukraińców w Polsce oraz Parafia Greckokatolicka pw. św. Trójcy w Giżycku. O mazurskich koncertach opowiemy w naszych kolejnych audycjach.
Natomiast w Elblągu wczoraj i dzisiaj po raz trzeci odbywały się warsztaty ukraińskie dla dzieci z punktów nauczania języka ukraińskiego. Podczas zajęć młodzież zapoznawała się z pracą mediów, teatru, a także próbowała swoich sił w tańcu i hafcie ukraińskim. Warsztaty dla ponad 80 uczniów zorganizował Elbląski Oddział Związku Ukraińców w Polsce. Powitał uczestników przewodniczący oddziału Mirosław Prytuła:
– Dzień dobry, drogie dzieci! Dzień dobry, szanowni nauczyciele! Drodzy rodzice i opiekunowie! W imieniu elbląskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce bardzo serdecznie witam was na kolejnych warsztatach. To kolejna edycja, pewnego rodzaju tradycja naszego miasta i naszego oddziału, którą dzięki wam możemy kontynuować, ponieważ chętnie zapisujecie się na te zajęcia. Warsztaty są przeznaczone dla dzieci ze szkół podstawowych z punktów nauczania języka ukraińskiego na terenie elbląskiego oddziału, ale mamy również dzieci z sąsiedniego olsztyńskiego oddziału, bo są z nami uczniowie z Morąga.
O tym, jak odbywały się warsztaty, również usłyszycie w naszych kolejnych audycjach, zwłaszcza na częstotliwości 99,6 MHz.
Te wydarzenia już są za nami, a teraz uczniowie, uczący się języka ukraińskiego w regionie olsztyńskim przygotowują się do kolejnego przeglądu ukraińskiej poezji śpiewanej. Odbędzie się on w sobotę, 24 października w Olsztynie; mówi nauczyciel i przewodniczący olsztyńskiego koła ZUwP Piotr Tabaka:
– W tym roku odbędzie się już 23. przegląd ukraińskiej poezji śpiewanej i współczesnej piosenki autorskiej. I oczywiście przez te wszystkie lata on również ewoluował, zmieniał się. Co roku była inna liczba uczestników. Poziom także się zmieniał. Jak jest teraz?
– Przez te 23 lata wszystko się zmieniło. Kiedy zaczynaliśmy pierwszy przegląd, miał on formę konkursu, ale już od około dziesięciu lat odeszliśmy od takiej formuły, bo dzieci nie przyjeżdżają po to, żeby rywalizować między sobą. Chcieliśmy po prostu, aby dzieci pokazały swoje umiejętności, swój talent – bo o to tu chodzi – i dlatego przegląd ma już wyłącznie formę prezentacji.
– Rywalizować można wtedy, kiedy warunki są mniej więcej równe. Tymczasem wiemy, że są różne punkty nauczania, są też szkoły, i trudno porównywać poziom dzieci z punktu, gdzie jest dwoje, troje czy pięcioro uczniów, z dziećmi ze szkoły, gdzie jest pełna baza.
– Oczywiście w naszym województwie są dwie szkoły – w Górowie Iławeckim i Bartoszycach – oraz wiele punktów nauczania języka ukraińskiego. My jako punkty nie możemy konkurować ze szkołami, bo poziom nauczania w szkołach jest znacznie wyższy. W szkole lekcje odbywają się w ciągu dnia, a w punktach po południu, kiedy dzieci są już zmęczone, a tu jeszcze trzeba ćwiczyć i przygotowywać się do konkursów czy przeglądów. Dlatego zależy nam na tym, aby dzieci do nas przyjeżdżały, a to, jak się przygotowały, ile pracy włożyły…
– Tym bardziej, że jest to trudny temat, bo śpiewać poezję – to nie jest takie proste. Trzeba mieć może nie tylko talent, ale też umiejętność „usłyszenia” poezji. Nowością w tym roku jest możliwość recytacji wiersza z towarzyszeniem muzyki. To może być gitara, może być podkład muzyczny, może być własna wymyślona melodia.
– To ciekawe, czegoś takiego jeszcze nie było.
– Nie było, ale wszystko ewoluuje.
– I to jest szansa dla tych, którzy czują poezję, ale nie mają na przykład takiego głosu, żeby śpiewać i porwać publiczność.
– Można tak powiedzieć, bo jedni mają głos, inni nie, a recytować wiersz może każdy.
(-)
A o czym opowiedzą nam dzisiaj młodzi radiowcy z Górowa?
(-) audycja szkolna
W ostatnich dniach na antenie Radia Olsztyn często można było usłyszeć zespół – i o zespole – DagaDana. Tak się składa, że ja też chcę przybliżyć wam postacie tych artystek, bo niedawno miałam okazję się z nimi spotkać. DagaDana to jedna z najciekawszych polsko‑ukraińskich formacji, od lat łącząca tradycję ludową z jazzem, elektroniką i popem. Niedawno DagaDana wystąpiła z koncertem w Dywitach, z okazji 660-lecia Dywit. Koncert był piękny, dużo dawał do myślenia i swoimi refleksjami będę się dzielić wraz z artystkami – Dagmarą Gregorowicz i Daną Vynnytską, z którymi rozmawiałam po koncercie. Mikołaj, o którym wspomni Dana, to Mikołaj Pospieszalski – jeszcze jeden członek ich zespołu:
(-)
– Macie przepiękne głosy, trochę różne, ale idealnie do siebie pasujące. Jak to się stało, że w ogóle się spotkałyście i zrozumiałyście, że obie chcecie śpiewać razem? – Myślę, że na początku wcale nie było pomysłu, że będziemy śpiewać razem. Poznałyśmy się na warsztatach jazzowych w 2006 roku. Byłyśmy w grupie wokalistów i było zadanie, w którym każdy miał zaśpiewać improwizację. Daga była początkującą wokalistką, a w grupie były osoby na bardzo różnym poziomie – od zupełnych początkujących po profesjonalistów, którzy już studiowali jazz na akademii muzycznej. Wszyscy śpiewali improwizacje jeden po drugim. I wtedy wyszła śpiewać Daga. Miała tak ciekawe pomysły i zaśpiewała tak imponujące solo, że po tym zajęciu podeszłam do niej, przedstawiłam się i mówię: „Słuchaj, ty musisz się uczyć, bo masz naprawdę interesujące muzyczne idee. Brakuje ci jeszcze szkoły, ale to da się zrobić. A pomysły – tego nauczyć się nie da”. Tak się zaprzyjaźniłyśmy i przyjaźniłyśmy się przez kilka lat, aż w 2008 roku dostałam stypendium Gaude Polonia, które pozwoliło mi przyjechać na pół roku do Polski i zrealizować swoje muzyczne projekty. Jednym z pierwszych projektów, które wtedy powstały, był projekt DagaDana. Myślałam, że to będzie tylko na pół roku, bo mieszkałam we Lwowie, pracowałam w szkole muzycznej, w muzycznym technikum, miałam projekt „Szokoład” i w ogóle byłam bardzo aktywna we Lwowie. A jednak tak tęskniłyśmy za sobą i za Mikołajem – bo już wtedy byliśmy trio – że przez kolejne pięć lat żyłam między dwoma krajami, cały czas przekraczając granicę autobusem, z klawiszami i ze strojami na koncerty. A jeśli chodzi o nasze głosy – wydaje mi się, że przez te lata bardzo się zmieniły i bardzo się ze sobą zgrały. Na początku kariery brzmiały zupełnie inaczej. A z czasem, tak jak pogłębiała się nasza przyjaźń i miłość do siebie nawzajem – Daga jest teraz także matką chrzestną mojej córki – tak samo nasze głosy stawały się coraz bardziej idealnie dopasowane. Uczyłyśmy się uważniej siebie słuchać, czasem podpowiadać, uczyć się od siebie nawzajem. I teraz nasz zespół świętuje 18 lat.
– Pełnoletność.
– Dokładnie tak. I przez te lata stałyśmy się sobie o wiele bliższe – jako ludzie i jako głosy.
– Głos to instrument, a muzyka potrafi leczyć. Muzyka jest wibracją, a jeśli dobrze dobierze się wibrację, ona naprawdę leczy, po prostu leczy.
(-) wypowiedź w języku polskim
(–)
Oczywiście, to był tylko wstęp do długiej rozmowy z Dagą i Daną; z artystkami spotkamy się znowu za tydzień, a teraz posłuchajmy jak śpiewają:
(-)
Od 1 kwietnia tego roku Konsulem Generalnym Ukrainy w Gdańsku jest pani Switłana Krysa – osoba niezwykle aktywna, czasami aż trudno sobie wyobrazić, jak udaje się jej wszędzie zdążyć. Pani Switłana Krysa w dyplomacji pracuje od lat, a teraz rozwiązuje problemy Ukraińców w północno-wschodniej Polsce i jak dobry duch wspiera ich też w działaniach społeczno-kulturalnych. Miałam okazję dość długo i szczerze porozmawiać z panią konsul i jak zwykle – dzielę się z wami tą rozmową. Dziś – tylko jej początek, ale już tyle wystarczy, żeby uzmysłowić sobie, że praca dyplomaty to nie tylko bywać na ciekawych wydarzeniach, ale też żmudna i trudna codzienna praca dla ludzi, znajdujących się niejednokrotnie w bardzo trudnej sytuacji:
(-)
– Pani Konsul, jest Pani pierwszą kobietą‑konsulem w Gdańsku. Czy z tego powodu jest Pani łatwiej czy trudniej?
– Powiem tak: jestem tu od 1 kwietnia. Ponieważ nie po raz pierwszy pełnię funkcję konsularną właśnie w Rzeczypospolitej Polskiej, to chyba jest mi dzięki temu łatwiej, bo mam doświadczenie i wiedzę. Pracowałam kiedyś w latach 2008–2012 oraz 2014–2020 w Warszawie. Byłam konsulem, kierownikiem wydziału konsularnego. W tamtym czasie liczba obywateli Ukrainy była największa — to właśnie lata 2014–2020, kiedy doszło do aneksji Krymu, okupacji części obwodów donieckiego i ługańskiego. Ludzie, którzy nie zgadzali się z polityką państwa‑agresora, natychmiast wyjeżdżali z tych terenów, szukając lepszego życia za granicą. Oczywiście wielu z nich zostało tutaj, i kiedy teraz przyjechałam tu po raz trzeci, wciąż pamiętam tych obywateli, którzy przychodzili, wyrabiali dokumenty. Dziś pracują tu na pełnych prawach. Ich dzieci — jedne już skończyły szkołę, inne jeszcze się uczą, a niektóre urodziły się już tutaj. Dlatego nie jest mi trudno. I nie jest trudno również dlatego, że kobietom jednak jest łatwiej — mają taką naturalną tendencję. Kobieta to przede wszystkim mama, która rozumie, jak wszystko powinno być poukładane w rodzinie. I przenosi to na szerszą skalę: w relacjach z obywatelami Ukrainy stara się działać tak, jak działałaby w rodzinie — jednoczyć, dbać, żeby wszystkim było dobrze, żeby wszystko było uporządkowane. Dlatego nie jest mi ciężko. Oczywiście odbywa się bardzo dużo wydarzeń, jest mnóstwo zaproszeń — bo nowy konsul, kobieta, wszyscy chcą się poznać. Jest wiele zaproszeń zarówno na wydarzenia kulturalne, jak i takie, które w ogóle nie są związane z kulturą czy tradycją — różne fora ekonomiczne, międzynarodowe konferencje.
– No i chcąc nie chcąc, nie ma Pani kiedy siedzieć w domu.
– Nie, mój grafik jest bardzo intensywny. Zdarza się, że jednego dnia, o tej samej godzinie, odbywają się dwa–trzy wydarzenia.
– Pracowała Pani od 2008 roku i teraz również, ale czasy są inne. Co jest dziś najtrudniejsze?
– Czasy są różne, tak. W 2008 roku, kiedy przyjechałam do Polski, w całym kraju było zaledwie 320 tysięcy obywateli Ukrainy. Dziś jest ich wielokrotnie więcej. Wtedy był czas pokoju — w Ukrainie nie było wojny, ludzie przyjeżdżali głównie do pracy, dzieci studiowały na uczelniach. Dziś, od 2022 roku, przyjechała ogromna liczba obywateli — przede wszystkim kobiety, dzieci i osoby starsze, czyli grupy najbardziej wrażliwe. Ci, którzy byli wtedy w Ukrainie i widzieli te wszystkie wydarzenia na własne oczy, reagują bardzo emocjonalnie na wszystko. Trudno pracować, kiedy przychodzi osoba, która na przykład… jest tu od czterech lat, a nie ma dokumentów — bo je zgubiła albo nigdy ich nie miała, bo ludzie żyli i nie wyjeżdżali nawet poza swoje miasto czy wieś. A potem trzeba było uciekać i uciekali tylko z tym, co mieli w rękach — nie wszyscy zabrali dokumenty. Są osoby, których domy zostały zniszczone, które nie mają dokąd wrócić. Chcą wrócić, ale nie mogą, bo ich tereny są okupowane, nie ma tam już ani domu, ani niczego. Oczywiście ci ludzie mają nadzieję, że wrócą — i ja myślę, że tak będzie — wrócą, ale już nie do swojego starego domu, tylko do odbudowanego. Starsi ludzie chcą wracać — mimo że w kraju trwa wojna, mimo że mają lub nie mają domu — wrócić chcą do Ukrainy.
(-)
Dzisiaj też trochę powspominamy dawne czasy. Zapraszam was na spotkanie z emerytowaną nauczycielką, panią Anną Łohin. Obecnie mieszka ona w Pieniężnie, ale pracę zaczynała w Mingajnach. Jednak zanim zaczęła pracować, najpierw musiała zdobyć odpowiednie wykształcenie. Posłuchajmy jak to było:
(-)
– Szkoła się zaczęła, ta podstawowa. To ja nie pamiętam, czy w tym roku, w 47., jak nas przywieźli do Mingajn?
– Chyba nie, chyba dopiero w drugim roku.
– W drugim roku. I tak się zastanawiam, czemu mnie wzięli do drugiej klasy i nie mogę z nikim z moich z Werchraty… bo tu jestem sama… (ale to powiem później, że do Werchraty jeździliśmy bardzo, bardzo, bardzo często. Tam przecież jest Werchracka Matka Boska w Buczynie), że ja umiałam polskie litery. A skąd — czy nas uczyli w szkole, czy mnie brat nauczył — tego nie wiem. Ale pamiętam, że nauczyciel kazał mi napisać, czy umiem po polsku. Pamiętam to zdanie. — Napisałam wtedy, pani będzie czytać — „Ojciec rąbie drzewo”. To jest trudne. Ale nie wiem, ile tam błędów narobiłam. Myślę, że dużo. „Ojciec, a to rąbie, a drzewo”.
– „rz”.
– Tak, pewnie „rz” tam nie było. Ale dobrze, że zobaczył, że znam litery. I wziął mnie do drugiej klasy. Byłam taka szczęśliwa, że już jestem taka ważna. Bo wszyscy poszli do pierwszej. W drugiej klasie było tylko paru Polaków i ja. No i tak, że Łemkowie… Przepraszam, że to powiem, ale to prawda. Nie wyśmiewam się z Łemków. Moje koleżanki — super Łemkini. Przyjaciółki. I ja umiałam mówić tak po łemkowsku, że nikt by mnie nie poznał, że nie jestem Łemkinią. Ale już zapomniałam, bo tu się z Łemkami nie mówi. I Łemkowie nie wiedzieli… Z Leska byli, z Tworylnego. Lesko, Górny, Dolny, chyba tak. I oni nie wiedzieli, co to jest szkoła. Pytali, co to takiego „czkola”. To jest słowo honoru, że tak było. Co to jest „czkola”? Nawet nie „szkoła”, tylko „czkola”. Był wójt, nazywał się Kic, takie nazwisko. A jego córka, najmłodsza, była moją najlepszą koleżanką. I ci Łemkowie tak dobrze się uczyli, naprawdę chcieli się nauczyć, zdobyć jakąś edukację. I ja, i moja koleżanka Hala Kic, byłyśmy w jednym liceum, choć ona była starsza ode mnie, ale nie znała liter, polskich liter. I była w pierwszej klasie, też skończyła pedagogiczne liceum, w Lidzbarku Warmińskim się uczyłyśmy. Wszyscy uczyli się, jak mogli, ale zrobiono też kurs dla dorosłych. Tata i mama chodzili do szkoły. Choć oni chyba umieli po polsku, tylko trzeba było… Można bardzo źle mówić o Polsce Ludowej i narzekać na nią, ale też dobrze, bo zlikwidowano analfabetyzm, zelektryfikowano — dobrze mówię — Polskę. A że my byliśmy na kolonii, to mieliśmy elektryczność dużo później niż we wsi. I to było właśnie niesprawiedliwe. I tak los chciał, że kiedy (już idę trochę naprzód), kiedy zdobyłam wykształcenie i zostałam nauczycielką, dalej się nie uczyłam, bo nie było za co iść na studia, i poszłam pracować do powiatu braniewskiego, bo mieliśmy praktyki w Braniewie. Z Lidzbarka mieliśmy praktyki w Braniewie. No i poszłam do Mingajn uczyć w powiecie braniewskim. Światła elektrycznego jeszcze nie było, lampy naftowe. Dali nam pokój na strychu. Ja z koleżanką, Łemkinią, ona jest w Pieniężnie, Marysia Myszkowska, pozdrawiam serdecznie, teraz Krysztoń. I mieszkałyśmy razem w jednym pokoju, spałyśmy na jednym łóżku. Bo skąd było wziąć łóżko? Coś jej tata przywiózł aż z Łajs do Mingajn. Jakieś żelazne łóżko, takie poobijane, poskręcane. Ale spałyśmy na tym jednym łóżku. Miałyśmy spotkanie w Mingajnach po iluś tam latach. Jak opowiadałam swoje wspomnienia, o pierwszej pracy, o tym wspólnym spaniu, to się śmiali — pewnie, że byłyśmy lesbijkami. A my tego słowa wtedy nawet nie słyszałyśmy. To śmieszne, ale prawdziwe. Tak było.
(-)
Pożegnanie
























